środa, 16 marca 2016

Wspomnienia z drugiego porodu


Udało się, urodziłam! Tym razem bez traum i dramatów. Zgodnie z planem, tak jak chciałam.


Zaczęło się późnym wieczorem, znowu. W ciągu dnia nic nie zwiastowało, że oto wielkimi krokami zbliża się poród i kiedy zaczęły się skurcze długo nie byłam pewna, czy to już na pewno to. Róża tego akurat dnia postanowiła się zdrzemnąć. Zdarza jej się to bardzo rzadko, a jeśli już się zdarza, to liczyć należy się z tym, że bardzo późno pójdzie spać. Zamiast więc o swojej klasycznej 21:00 (o której to i ja w zwyczaju miałam zasypiać), udało mi się położyć ją dopiero dwie godziny później. Tej nocy nie spałam więc wcale. Dojadłam kolację, umyłam się i o 23:30 poczułam pierwszy skurcz. Nic sobie jeszcze z niego nie robiłam, bo nie takie rzeczy w tej ciąży się czuło. Kiedy jednak po kolejnych dwóch skurczach udało mi się na chwilę wydostać z łazienki (naturalne czyszczenie jelit utwierdziło mnie w przekonaniu, że to jednak już), aby zgasić światło w sypialni Róży i męża (tak, to nadal jest ich wspólna sypialnia), to Robert był już poinformowany, że najprawdopodobniej za kilka godzin czeka nas wyprawa do szpitala.

O spaniu nie było już mowy. Próbowałam, ale niepewność swojego stanu, dosyć bolesne skurcze pojawiające się co dziesięć minut i adrenalina z tym wszystkim związana skutecznie mi to uniemożliwiły. Słuchałam więc audiobooka i minutnikiem mierzyłam odległości między skurczami, które tym razem podręcznikowo (te odległości) skracały się od początkowych dziesięciu minut, aż po bardzo obiecujące sześć. To właśnie te sześciominutowe przerwy kazały mi o 3:00 obudzić męża. Nie chciałam już tkwić w nieświadomości, bałam się ewentualnych komplikacji, wolałam być w szpitalu. Wiedziałam, że do rana i tak nie wytrwam. Bałam się nocnego porodu ze względu na Różę, ale zupełnie niepotrzebnie. Młoda, tak bardzo przyzwyczajona do nocnych pobudek, była zachwycona, że oto nie musi już spać. W doskonałym humorze dotarła do prababci, gdzie, jak wieść głosi, wesoło dokazywała do 6:00 nad ranem, aby dwie godziny później, nadal w znakomitym nastroju, bez cienia zdziwienia ani tęsknoty za rodzicami, ponownie zacząć dzień. :)

W szpitalu – standardowo. Zapis KTG, formularze, formalności. W końcu przyszedł lekarza, bada, sprawdza.... Serce mi zamarło. Bałam się, że znowu nic, że znowu te skurcze nic nie przyniosły, że znowu czeka mnie wiele godzin oczekiwania. W końcu... 3 centymetry! Tak bardzo się cieszyłam! Trze centymetry to już coś! Skurcze ustabilizowały się, pojawiały się co 4-5 minut. Były coraz bardziej bolesne, a ja, choć zadowolona ze swego dotychczasowego wyniku, wiedziałam, że czeka mnie jeszcze kilka długich godzin i że będą one coraz gorsze. Zdecydowałam, że chcę znieczulenie. Po pierwszy porodzie i koszmarnych z nim wspomnieniach (KLIK!) to właśnie bólu bałam się przede wszystkim. Nie chciałam przechodzić tego ponownie, nie chciałam zgrywać bohaterki. Nie chciałam też tak doszczętnie się poświęcać, aby w razie kolejnego niepowodzenia, przynajmniej tych straconych godzin, tego trudu i wysiłku nie żałować. Na anestezjologa i wyniki badań czekałam godzinę. Czas ten spędziłam pod prysznicem, bo ból powoli stawał się nieznośny. W międzyczasie przyjechała moja mama, która znowu prowadziła poród i została ze mną aż do końca.

W końcu się doczekałam, w końcu przeszedł anestezjolog z całym osprzętem. Spodziewałam sie rewolucji i ulgi, tak jak po znieczuleniu przy cesarskim cięciu. Samo wkłuwanie się w okolice kręgosłupa (mimo znieczulonej najpierw skóry) bolało nieziemsko. Miało działać od razu, po kilku sekundach. Ale zamiast spodziewanej ulgi, przyszedł kolejny skurcz, a potem jeszcze jeden, i jeszcze. Wszystkie tak samo silne, bolesne. Nie poczułam żadnej ulgi, nawet najmniejszej. Czy to w ogóle możliwe? Czy inne rodzące też tak mają? Nie, to niemożliwe, wszystkie czują ulgę, niektóre w ogóle nie czują dyskomfortu i udaje im się zasnąć. Czy mogę mieć aż tak niski próg bólu? A może to dawka? Ile zazwyczaj się podaje? 4-8 mililitrów kropel na minutę, czasami 10. Maksymalna dawka to 15. Ja dostałam 20, 25, w końcu 30, choć było niemal pewne, że po takim koktajlu skurcze znikną zupełnie. Nic nie znikało, ani skurcze, ani ból. Było coraz gorzej. Wtedy się poddałam. Ból był tak silny, że tylko zwijałam się na leżąco, całkiem się rozkleiłam. Zrozumiałam wtedy, że nie dam rady, że to jest ten moment, kiedy muszę zrezygnować, kiedy muszę się poddać. Wiedziałam, że nie wytrzymam. Ból był już bardzo, bardzo silny, a całość posunęła się zaledwie o centymetr. Przede mną jeszcze wiele godzin, a ból będzie dużo gorszy. Jeżeli już teraz nie mogę go wytrzymać to znów czeka mnie utrata świadomości i ogromne cierpienie.

Ale wtedy znów przyszedł anestezjolog, inny, bo akurat była zmiana. Miał sprawdzić, czy dren jest poprawnie włożony. Odwróciłam się na drugi bok, aby miał łatwiejszy dostęp i nagle cały ból zniknął, dosłownie jak za machnięciem magicznej różdżki. W połowie skurczu. W jednej chwili nie mogłam wytrzymać, w następnej poczułam przytłaczającą wręcz ulgę. Moje nogi i pośladki zdrętwiały. Znieczulenie zaczęło działać. Do dziś nie zostało wyjaśnione dlaczego tak się stało. Dren był zamontowany poprawnie, zmiana pozycji też nie powinna mieć znaczenia, kanalik nie był zatkany ani zagięty, lekarstwo docierało do mojego ciała. Wszyscy zgodnie twierdzą, że to niemożliwe, ale przecież nie zmyślam, było właśnie tak! Lekarz widząc jaką dawkę mi zaserwowano – przeraził się. Kazał odłączyć dopływ środka znieczulającego, końska dawka miała się utrzymać w moim organizmie przez kolejne pół godziny. Okazało się, że była tak potężna, że odłączona pozostałam przez kolejnych kilka godzin. Nie czułam nic. Skurcze na szczęście nie zanikły, choć były rzadsze. Czułam je, gdy dotknęłam swojego brzucha, poza tym nic, ani nawet cienia bólu czy dyskomfortu. Zdrętwiałe nogi chwiały się nieco pod moim ciężarem, przechadzałam się więc podparta o męża. Położyłam się też na łóżku, chciałam się zdrzemnąć (bez snu pozostawałam już ponad 24 godziny), ale nie mogłam, byłam zbyt podekscytowana. Chodziłam więc po sali i korytarzu, miałam doskonały humor, byłam wyluzowana, spokojna, uśmiechnięta, czułam się jak nowo narodzona.

Znieczulenie zewnątrzoponowe to dla mnie jeden z największych cudów medycyny. Nie bardzo rozumiem dlaczego nie decyduje się na niego każda ciężarna, dlaczego sama nie zdecydowałam się na nie przy pierwszym porodzie. Tak bardzo zakorzenione w naszej kulturze w bólu będziesz rodziła dzieci wciąż ma siłę i uważane jest za jedyną słuszną i „prawdziwą” metodę rodzenia. Pozwoliło mi ono nie tylko odetchnąć z ulgą i pozbyć się bólu, ale przede wszystkim odpocząć. Wiem, że kilka godzin później, podczas skurczy partych, w które włożyłam całą swoją energię, bez snu i bez porządnego jedzenia (a tak przecież jest w czasie porodu nocnego) nie dałabym sobie rady, wykończona bólem nie potrafiłabym wydać na świat dziecka.

Z tym swoim odłączonym znieczuleniem spacerowałam do osiągnięcia zawrotnych ośmiu centymetrów rozwarcia, wtedy zaczęłam znowu delikatnie odczuwać ból. Wkrótce znowu podłączono mnie do pompy. Znacznie mniejsza niż poprzednio dawka nie zniwelowała bólu całkowicie, ale sprawiła, że skurcze, choć okropnie nieprzyjemne, dało się znieść. Skakałam na piłce i dwa ostatnie centymetry pojawiły się błyskawicznie. Pęcherz znowu został przebity, bo nijak te wody same odejść nie chciały. Wszystko poszło gładko, bez komplikacji, zupełnie inaczej niż poprzednio. Zaczęła się druga faza porodu.

Czas ten wspominam bardzo pozytywnie. Odłączono mi wówczas znieczulenie, ponieważ sprawiało ono, że skurcze były zbyt rzadkie. Dodano nawet kroplówkę z oksytocyną, aby je zagęścić. Ból jednak nie był już tak silny jak w czasie rozwierania się szyjki. Całą swoją energię skupić należało na parciu i o bólu nie myślało się wcale. Pomiędzy skurczami mogłam odpocząć, na sali porodowej w tym czasie panowała wesoła wręcz atmosfera. Pamiętam ten moment, gdy poczułam wewnątrz siebie główkę dziecka. Zrozumiałam, że za chwilę koniec. Do tej pory ciągle bałam się, że jednak coś się nie uda, że znowu czeka mnie cięcie, teraz nie było już odwrotu. Zapytałam, może trochę naiwnie, ale odpowiedzi na udzielane pytania bardzo mnie uspokajały, czy teraz już a pewno urodzę. Dowiedziałam się, że tak, na pewno, że teraz już nic nie może pójść źle. Przestałam się stresować, ogarnęła mnie wręcz euforia.

Drugi okres trwał niemal półtorej godziny, choć mnie wydawało się, że minęło zaledwie kilka minut. Miła odmiana po ciągnącym się w nieskończoność pierwszym okresie. Tak naprawdę nie wiedziałam czego się spodziewać, bo za pierwszym razem nie dotarłam do tego etapu. Cały proces okazał się skrajnie wykańczający, nigdy w życiu nie byłam taka zmęczona. Nie mam pojęcia skąd brała się u mnie coraz to nowa siła, żeby walczyć i aby się nie poddawać. Za każdym razem wydawało mi się, że już nie mogę starać się bardziej, że daję z siebie wszystko, że oto mój ostatni dech na tej planecie, a jednak za każdym razem starałam się jeszcze bardziej i jeszcze mocniej. Porodu nie da sie z niczym porównać. Nigdy wcześniej nie byłam taka zmęczona, tak bardzo wykończona, żadne biegi, rowery i maratony nie mogą się z nim nawet równać.

Same narodziny dziecka okazały się dla mnie nieco rozczarowujące. Moment, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam córkę był dla mnie najpiękniejszym wydarzeniem w życiu. Wspominałam już o tym w poprzedniej relacji (KLIK!). Zmieszały się wówczas we mnie ogromne fale wzruszenia, ulgi i czystej miłości, takiej od pierwszego wejrzenia. Teraz spodziewałam się podobnych uczuć, a może nawet więcej. Idealizowałam sobie w głowie poród naturalny, spodziewałam się jakichś mistycznych doznań, pragnęłam nadrobić to, co w związku z cesarką zabrano mi poprzednio. Tymczasem jedyne, co poczułam, to niewysłowioną ulgę, że oto wreszcie koniec, że mogę odpocząć. Wzruszenie? Może delikatne. Do tego czułość, przywiązanie, chęć zapewnienia opieki, wyżywienia; nazwałabym to raczej instynktem. Zajęło mi kilka dni, zanim zaczęłam kochać swoje dziecko. O tym jednak napiszę osobno.

Sporym zaskoczeniem okazał się dla mnie czas po porodzie. Dwie godziny spędziłam na kangurowaniu synka, leżałam wtulona w jego ciepłe ciałko. Czułam się znakomicie. Najadłam się, a choć adrenalina zniknęła i zaczęłam odczuwać już senność, to duma i szczęście związane z sukcesem mnie rozpierały. Kiedy nadeszła pora, żeby wstać i przenieść się do swojego pokoju cieszyłam się, że wreszcie rozprostuję kości i wezmę prysznic. Usiadłam i... zemdlałam. Za każdym razem, gdy próbowałam się podnieść choćby o kilka centymetrów, działo się to samo. Okazało się, że poród był dla mojego pozbawionego snu organizmu jeszcze bardziej wykańczający niż początkowo myślałam. Dostałam kilka kroplówek wzmacniających, zjadłam niedobrą, szpitalną kolację (o 16:00, kolacja o 16:00, dacie wiarę?!) i w asyście dwóch położnych udało mi się późnym wieczorem pójść do łazienki. Dopiero rano mogłam samodzielnie wstać, ale wracając spod prysznica ciągle jeszcze robiło mi się ciemno przed oczami.

Urodziłam naturalnie. Zasługa w tym duża mojej mamy. Wiem, że mama–ginekolog to niezbyt częsty przypadek, ale jedno Wam powiem – wielki to skarb (i darmowe próbki suplementów to tylko jeden z atutów ;) ). To dzięki niej urodziłam, a dzięki jej ekscentrycznym eksperymentom ze znieczuleniem koszmarne wspomnienia związane z porodem nie będą mnie nękać po nocach. Pamiętam, że gdzieś przy ośmiu centymetrach na salę wpadł dyżurujący akurat na oddziale lekarz. Przyciszonym głosem, tak żebym nie słyszała (a słyszałam znakomicie) przekonywał moją mamę, że to się na pewno nie uda, że „cudów nie ma”, że w razie czego cięcie to teraz, bo potem zabiegi. Jestem bardzo wdzięczna mojej mamie, że stała za mną murem, że nie zrezygnowała i mi pomogła. Sama wprawdzie potem przyznała, że gdyby wiedziała, że dziecko urodzi się aż tak duże (urodzić 4600 gramów to naprawdę coś!), to stanowczo namawiałaby mnie na cięcie. Szczęśliwym jednak trafem podczas robionego kilka dni wcześniej badania USG waga dziecka szacowana była na niewiele ponad cztery kilogramy. Nieświadomość jest błogosławieństwem. Okazało się, że naturalnie urodzić po cesarce można, i duże dziecko też można i na dodatek z końską dawką znieczulenia – również.

Czy warto było? W pewnym sensie tak. Gdyby się nie udało, do końca życia wyobrażałabym sobie nie wiadomo co i z tęsknotą wzdychała do tego nieznanego i nieosiągalnego mi sposobu wydania dziecka na świat. Mając jednak obiektywnie orzec o wyższości porodu nad porodem, to cesarskie cięcie zwycięża w tym starciu i gdybym kiedykolwiek miała rodzić raz jeszcze – cesarka „na zimno” byłaby moim wyborem. To, co po cięciu przeszkadzało mi najbardziej pojawiło się także tym razem. Ból nie skończył się wraz z akcją porodową; w moim subiektywnym rankingu niedogodności związane z pęknięciem krocza na głowę biją ranę w podbrzuszu, a unieruchomienie związane ze skrajnym osłabieniem sprawiły, że przez pierwszą dobę i tak nie mogłam wstać, żeby zmienić dziecku pieluchę. Doświadczyłam jednak tego, czego chciałam i za każdą minutę tego wydarzenia jestem losowi wdzięczna.



Koniecznie przeczytaj też:

9 komentarzy :

  1. Wow ! Podziwiam ! Czytałam jednym tchem, wspominając swój poród - jak mi dziecko wyjęli, nie umiem mówić,że urodziłam, nie... ja nie urodziłam, dziecko po prostu się pojawiło.Przeżyłaś wszystko na własnej skórze i podziwiam Twoją odwagę i determinację. Ja niestety się bałam. Tak bardzo się bałam komplikacji porodu naturalnego, że moje dziecko zostanie skrzywdzone... (naczytałam się trochę). Chciałam cesarki od samego początku, nie żałuje, wręcz przeciwnie, jestem szczęśliwa.
    Podziwiam baaaaardzo !!!
    Pozdrawiam
    matkapolka89

    OdpowiedzUsuń
  2. Po pierwsze gratuluje udanego, szczęśliwego porodu.
    Jak ten czas szybko mija. Niedawno pojawiały się twoje pierwsze wpisy o drugiej ciąży :)
    Ja dwukrotnie rodziłam naturalnie :( Przy drugim porodzie mąż ledwie dowiózł mnie do szpitala. 20 min później miałam córkę w ramionach :)
    Ach wspomnienia - choć bolesne przeżycia ...

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję i cieszę się, że wszystko przebiegło tak, jak chciałaś. :) Moje 6-minutowe przerwy między bolesnymi skurczami nie robiły żadnego wrażenia na rozwarciu, które postanowiło nie ruszać się ani na milimetr, osiągając cały... centymetr. :D Wiele razy mówiłam znajomym, że łatwiej jest rodzić naturalnie, nie wiedząc, że dziecko będzie bardzo duże - takie zaskoczenie jest lepsze w momencie urodzenia dziecka, a nie wtedy kiedy ono dopiero pcha się na świat.
    Kiedy jeszcze nie wiedziałam, że mój Jaś będzie tak duży, to byłam za porodem naturalnym, ale później bardzo się bałam i jestem wdzięczna losowi (i lekarzowi ;-)) za cesarskie cięcie. Poza tym, brak rozwarcia, bardzo duża główka i zbyt wąska miednica wpłynęły na to, że wyszło, jak wyszło. Przyznam szczerze, że teraz nie mam żadnego parcia na kolejny poród w sposób naturalny i... mam nadzieję, że będzie cesarka - chyba, że drugie dziecko okaże się drobnym maleństwem, to może... ;-)

    P.S. Widzę, że Róża to twardy zawodnik i nawet sen boi się ją dopaść. :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Gratuluję! Dużo zdrowia dla synka! :)
    I widzisz, dostałaś co chciałaś i wcale tak pięknie nie było ;) w sumie cieszę się, że powoli obalany jest mit, że jak nie urodzi się naturalnie to tak jakby się nie urodziło, bo mnie ze względów zdrowotnych na pewno czeka kiedyś cesarka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratulacje, cudownie, że się udało! Byłam cały czas gdzieś w tle myślami z Wami :)
    Dobrze, że była z Wami Twoja mama, jednak i w takim przyjaznym szpitalu znajdują się lekarze małej wiary ;)
    Czekam na opisy startu życia podwójnej mamy ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Gratulacje, poród to trudne doświadczenie ale jednocześnie bardzo potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję kochana! Byłaś bardzo, bardzo dzielna. Ja też urodziłam ;-) i zdecydowanie drugi poród wymazał mi traumę po pierwszym. Oczywiście też postawiłam na znieczulenie zewnątrzoponowe i nie żałuję. To było wspaniałe doświadczenie, o którym też mam zamiar wspomnieć u siebie. Trzymajcie się ciepło i zdrowo! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pisałam ja Mamuszka, ale z drugiego konta :*

      Usuń
  8. Ja urodziłam pierwsze dziecko naturalnie 4100 gram, bez żadnego znieczulenia, umierałam z bólu i zmęczenia. Ostatkiem sił ją jakos wyparłam a 2 etap porodu był najboleśniejszy. Lekarz i 2 polozne na koniec mnie trzymali bo rzucalam sie z bólu i bylam pewna ze nie dam rady.
    Mam traumę. Teraz jestem w drugiej ciazy bo mimo zlych doswiadczen chcialam aby corka miala rodzenstwo. Modle się o cesarkę, a jak nie to prywatnie ją oplace bo nie dam rady znowu tych tortur przechodzić.
    Porod Sn jest moze tylko wtedy fajny jak dostajesz znieczulenie i mozesz odetchnac tak nak piszesz.
    Po casarce boli ale dziecko jest juz na swiecie i matka moze w spokoju dochodzic do siebie.
    Uwazam ze cesarka to łatwiejsze rozwiazanie, jak ktos przezyl porod SN bez znieczulenia i dwie doby chodził na kolanach z bolu i zwijal się to mnie rozumie.

    Uwielbiam Twoj blog.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...