piątek, 8 kwietnia 2016

Pierwsze idolki mojej córki. Kicia Kocia i Zuzia


Pippi, Ania Shirley, Hermiona, Scarlett O’Hara – mniej więcej tak rozwijały się moje literackie sympatie, które w mniejszym bądź większym stopniu starałam się naśladować. Tymczasem moja córka ma swoje idolki już teraz. Podpatruje, czyta o ich przygodach, żywo reaguje na wizerunek. Kicia Kocia i Zuzia – dwie przyjaciółki Róży.

Seria o Kici Kocia (tekst i ilustracje: Anita Głowińska) oraz seria o Zuzi (tekst: Liane Schneider, ilustracje: Eva Wenzel-Bürger, Annette Steinhauer) znamy i czytamy od kilku miesięcy. Choć pierwsze wrażenia zdają się temu przeczyć, to tak naprawdę serie są do siebie bardzo podobne. Obie wydało też to samo wydawnictwo – Media Rodzina.


Każda z książek (rozprawiam się tu z Zuzia i Kicią Kocią na raz) skupia się na pewnym problemie, który prędzej czy później dotknie niemal każde dziecko. Razem z bohaterkami doświadczamy więc tych wszystkich pierwszych razów, ucząc się pewnych społecznych schematów postępowania, a poprzez poznanie tematu – niwelujemy strach przed nieznanym. Choć serie mają swoje tło fabularne (Zuzia na przykład jest coraz starsza, z przedszkola przenosi się do szkoły, a w jej życiu pojawia się brat), to każdą książkę można czytać samodzielnie, bez znajomości poprzednich. Jeśli więc naszą pociechę czeka pierwsza wizyta u dentysty – bierzemy „Zuzia idzie do dentysty”, wałkujemy przez kilka kolejnych wieczorów i oswajamy z nowym, trudnym tematem. Jeśli pewne sprawy są naszej rodzinie obce (na przykład podróż samolotem) – nic straconego! To wspaniała okazja, aby poszerzyć swoje horyzonty, poznać nowy środek transportu, a wraz z nim liznąć specjalistyczne słownictwo. 

„Kicia Kocia” to seria idealna już dla półtoraroczniaków, łagodne przejście od prostych książeczek kartonowych do dłuższych i nieco bardziej skomplikowanych tekstów. Poziom trudności jest tu różny. Zdarzają się tomy, gdzie tekstu jest jak na lekarstwo („Kicia Kocia zakłada zespół muzyczny”) oraz takie, które nazwać już można literaturą popularnonaukową („Kicia Kocia w kosmosie”). W każdej znajdziemy jednak sporo treści edukacyjnych.

Dziecięce upodobania nie zawsze trafiają w rodzicielskie gusta. Ja – nie lubię Kici Koci, wręcz mnie od niej odpycha. Zanim poznałam jej przygody, kiedy tylko oglądałam na okładkach roześmiane lico – biała kotka do złudzenia przypominała mi japońską kreaturę Hello Kitty. Skojarzenie nie jest zresztą odosobnione. Róża, widząc w sklepie z zabawkami akcesoria z bezustnym kotem (nie zna bajki o Hello Kitty), była przekonana, że to Kicia Kocia. W ten właśnie sposób przekonałam ją do czesania włosów (nienawidzi tego robić) – kupiłam jej szczotkę z Hello Kitty i powiedziałam, że to Kicia Kocia (ha, mistrzyni podstępu!). Potem, kiedy przygody Kici Koci nie tylko poznałam, ale po wielokrotnej lekturze nauczyłam się ich na pamięć – sympatia nie wzrosła. A jakby tego jeszcze było mało, to nie polubiłam też jej rodziców i przyjaciół (zblazowany Pacek i „delikatna” Adelka to najgorsi bohaterowie ever!). Kicia Kocia jest idealna, jest doskonała wręcz do zrzygania. Do złudzenia przypomina mi Oleńkę Billewiczównę z „Potopu” – cnotliwa, grzeczna, ułożona, niewinna, nieporadna. Takich dzieci nie ma i nawet gdyby istnieć mogły – nie chciałabym mieć jednego  nich; postaci bez charakteru i bez własnego zdania. Jeśli jednak może ona pozytywnie wpłynąć na moją krnąbrną indywidualistkę, to z dobrodziejstwa tego korzystam.

Bo taki właśnie wpływ na moje dziecko ma lektura „Kici Koci” – łagodzący. Mycie zębów, mycie rąk, czesanie i wiele jeszcze innych drobnych rzeczy zawdzięczamy bohaterce Anity Głowińskiej. Od rąk się zaczęło. Róża rąk myć nie chciała. Po kilkukrotnej lekturze jednego z tomów, w którym to Kicia Kocia z uśmiechem na twarzy stoi na stołeczki i swe kończyny obmywa – Róża też zapragnęła w tym uczestniczyć. Zaczęła podsuwać sobie stołek, wchodzić, odkręcać wodę, z uśmiechem myć ręce. Potem sama brałam ją z zaskoczenia. Raz do litanii o tym, że wszyscy myją zęby – mama, tata, piesek i kotki – dodałam Kicię Kocię. Efekt był natychmiastowy! Widząc, że Młoda za bardzo oddala się ode mnie w sklepie uprzedzam: „uważaj, bo zgubisz się, tak jak Kicia Kocia” i dziecko natychmiast mam przy sobie. Kicią Kocią nawet przeforsowałam syrop w czasie choroby! Nie wiem co to za czary, ale działają!















Są też kolorowanki! „Kicia Kocia w Afryce” i „Kicia Kocia w lesie”. :)






Przygody Zuzi są nieco bardziej skomplikowane. Tekstu jest tu zdecydowanie więcej. Kilka miesięcy temu był to dla nas spory przeskok, jeśli chodzi o złożoność lektur. Pierwsze tomy perypetii dziewczynki dostała Róża w listopadzie (miała wówczas 18-19 miesięcy) i nie potrafiła jeszcze skupić uwagi na tyle długo, żeby w całości wysłuchać historii. Pod koniec roku (kolejne tomy trafiły do niej spod choinki) bez problemu dawała już sobie radę. Od początku jednak zafascynowały ją ilustracje, które ja także bardzo lubię; są realistyczne, pełne szczegółów do wyszukania oraz nazwania i po prostu ładne.

Tym razem do samej Zuzi nic nie mam. To żywiołowa, wesoła dziewczynka, nieco bardziej „ludzka” niż Kicia Kocia. W treści książek jednak coś mi zgrzyta, przeszkadza mi dosłowność opisu, bardzo szczegółowe wymienianie wydarzeń. Wygląda jednak na to, że dzieci to lubią, a skoro tak, to nie mam nic do gadania. Mam wrażenie, że o to właśnie chodzi; poprzez dokładny opis, temat lub problem zostaje oswojony. Jeżeli Róża przytarga mi dużo tomów o Zuzi na raz, to po piątym skupiam się już na ilustracjach. Można na ich podstawie opowiedzieć historię równie dobrą, co autorka.

Powiedzieć, że obie serie są przez Różę lubiane to tak, jakby nie powiedzieć nic. Ona je uwielbia, ubóstwia, czci. Siada przy regale i przegląda sama, potem przynosi do czytania. Nie jedną książeczkę, nie dwie, ale od razu dziesięć i każe czytać jedną po drugiej. Zdjęcia do tego wpisu robiłam po kryjomu, bo Róża nie wie jeszcze, że w naszym posiadaniu jest tych książek aż tyle. „Kicie Kocie” czytamy wszystkie (tylko historia plażowa czeka na przyjście lata), ale „Zuzie” dozuję bardziej roztropnie; powoli i najczęściej wtedy, gdy sytuacja tego wymaga. Wyciągam więc nowy tomik, gdy musimy poznać jakiś temat albo gdy dzień przebiega wyjątkowo kiepsko, gdy nic się nie chce i mam wrażenie, że fala maruderstwa pochłonie nas zaraz doszczętnie. Wtedy, niczym wybawienie, w tajemniczych okolicznościach na dywanie pojawia się nowa książka. Choć minęło już kilka miesięcy, Róża wciąż jest przekonana, że przyniósł ją Mikołaj. Następne godziny są już łatwiejsze.  











Pieluchowa moda prosto z Niemiec, o której pisałam ostatnio (KLIK!). Dzieciak, który potrafi sam zdjąć sobie pieluchę, wie, że w nią nasikał i jeszcze o tym opowiada, wciąż okutany w pampersa...


Polecam, oczywiście, że polecam! Mogę tu sobie narzekać, ale prawda jest taka, że obie serie to naprawdę znakomite lektury. Niosą ze sobą nie tylko ogromne wartości edukacyjne, ale przede wszystkim bawią i cieszą. Choć bohaterkami obu z nich są starsze dziewczynki, to zarówno ilość tekstu, jak i przesłanie odpowiednie będą już dla dwulatków. Zastanawiam się, czy ta łatwość utożsamienia się z postaciami, z próbą ich naśladowania dotyczyć będzie tylko dziewczynek. Czy tak małe dzieci mają już świadomość różnic płciowych? Wydaje mi się, że nie. Mimo wszystko Media Rodzina wydaje także chłopięcy odpowiednik książek o Zuzi, których bohaterem jest Maks. Z ciekawości kupiłam twa tytuły. Tak, to zdecydowanie to samo. Być może za dwa lata Szymek wzgardzi naszą monumentalną kolekcją książek o Zuzi i zażąda bardziej męskiej lektury. Będę gotowa!  


Koniecznie przeczytaj też inne recenzje książek dla dzieci (KLIK!).


11 komentarzy :

  1. Oj, znam dobrze Kicię Kicię! Obydwie moje córki bardzo ją lubiły, a młodsza, trzylatka, czasem jeszcze do niej wraca, jak się jej znudzą trzy księgi Koziołka Matołka. Niby z Kicią K. jest wszystko w porządku, ale po setnej lekturze ciągłe powtórzenia imienia głównej bohaterki doprowadzają mnie do szału. Kicią Kocia to, Kicia Kocia tamto, Kicia Kocia sramto. Jest też dużo niezręczność językowych. Słowem - redaktor się nie popisał. Korektor zresztą też. Ale cóż... Skoro dzieciom się podoba...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tych serii jeszcze nie znamy, ale potrzebujemy czegoś bardzo bardzo żeby oswoić się z wizytami u lekarza. Widzę że i Kicia Kocia, i Zuzia idą do lekarza. Która z tych książeczek Twoim zdaniem jest lepsza?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To zależy. Kicia Kocia idzie do lekarza bo jest chora. Zuzia jest zdrowa i idzie na bilans. Zuzia choruje za to w części "Zuzia jest chora" i tam też jest krótka wizyta u lekarza i w aptece, ale poza tym choruje głównie w domu. :)

      Usuń
  3. Jeeeej! Ile książek!!! Nie znałam tych serii, a wydają się naprawdę świetne. Piękne te ilustracje w Zuzi! Kupię kilka części przy najbliższej okazji, bo u nas już niedługo ten etap i właśnie się zastanawiałam jak i kiedy przejść z „Bardzo głodnej gąsienicy” do czegoś dłuższego. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytamy o Kici, ale na zęby mamy niezawodny sposób - "Było sobie życie" odcinek o zębach, gdzie są takie sugestywne Zębowe Stwory robiące dziury, że dzieciaki oglądają jak najstraszniejszy horror :D A potem same przypominają, że jadły cukier :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbowałam, ale to jeszcze zupełnie nie nasz poziom. Najbardziej się podobało, że dzieci bawią się z psem. Jak zniknął pies bajka przestała mieć rację bytu. :(

      Usuń
    2. Polecam książeczkę "Dlaczego dorośli mają dziwne zęby?" - bardzo sugestywna i efektywna dentystyczna lektura propagandowa;) Cudne ilustracje!

      Usuń
  5. A może wstawisz opinię o serii z Basią? Anna D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juz dawno jest! :) http://www.panna-swawolna.pl/2015/05/basia.html

      Usuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  7. To pierwszy post jaki przeczytałam na Twoim blogu.
    Zazwyczaj czytam anonimowo jakiś post na różnych blogach i nie powracam już, ale tutaj powróciłam (i chyba zostanę na dłużej, ale o tym może w innym komentarzu) i chcę o coś zapytać...
    Dlaczego napisałaś, że Zuzie dozujesz roztropnie? Ciekawi mnie to, bo podobają mi się obie serie książeczek i czuje, że będziemy musieli mieć komplet... Mam fioła na tym punkcie - lubię mieć rzeczy do kompletu. Od kiedy kupuje książeczki ta zasada chyba zaczyna też dotyczyć książek.

    Sama dopiero kupiłam kilka książeczek raczej dlatego, że nie mogłam się już ich doczekać. Córeczka ma dopiero rok i nie usiedzi jeszcze przy czymkolwiek dłużej.

    Oprócz Zuzi i Kici Koci kupiłam kilka różnych książeczek o Lenie - tak się nazywa moja córeczka, mało oryginalne imię ostatnio, ale podobało mi się już dawno i to nie moja wina, że mnie wszyscy wyprzedzili ;).
    Cieszyłam się, że znalazłam kilka książeczek z jej imieniem, ale czy nie będzie tego za dużo... Niby książek nigdy za wiele, ale czy nie przesadzę, bo Kicia Kocia i Zuzia to sporo a do tego te małe Lenowe serie. Tak sobie myślę, że ja też będę słuchała tych książeczek, więc lepiej mieć ich więcej by się nie zanudzić nimi. Poza tym też lubię kupować książki taniej w internecie i mam plan mieć je w zanadrzu zamiast jakiejś okropnej taniej tandetnej zabawki, którą Lena wypatrzy w sklepie (to wszystko jeszcze przed nami).

    Pytam, bo wiele moich wyobrażeń rodzicielskich się nie spełniło. Od wpisu minął rok i Róża Penie już dostała całą kolekcję. Czy może nie dostała, bo dostaje książeczki stopniowo i dalej ją interesuje bohaterka.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...