piątek, 13 maja 2016

Wielka księga średniowiecznych legend


Na książkę trafiłam przypadkiem. Zdarza mi się to rzadko. Zazwyczaj jestem na bieżąco ze wszystkimi zapowiedziami i premierami. Tę jednak przegapiłam. Książka kusiła okienkami w okładce. Spoglądali zza nich rycerze w kolorowych szatach i sam król Artur, wielce zatroskany. Wokół siebie usłyszałam szczęk oręża i tętent końskich kopyt. Od razu wiedziałam, że będzie dobrze.

„Wielka księga średniowiecznych legend” to zbiór jedenastu najsłynniejszych podań pochodzących z epoki. Czego  i kogo tu nie ma! Jest wstęp (świetny!), który wyjaśnia młodemu czytelnikowi jak to z pieśniami rycerskimi było. Każda legenda natomiast poprzedzona jest notą na temat swojego pochodzenia i różnych utrwalonych na piśmie wersji. Autor zebrał legendy z różnych europejskich krajów. Są więc legendy anglosaskie; słynny Robin Hood, a także poczet rycerzy z dworu Króla Artura: Lancelot, Percewal i Święty Graal, Gawen i Zielony Rycerz, Yvain oraz sam Artur, Excalibur i słynna opowieść o Okrągłym Stole. Jest hiszpańska Pieśń o Cydzie i niemiecka Pieśń o Nibelungach. Są wreszcie opowieści tak słynne jak Pieśń o Rolandzie, Tristan i Izolda oraz Romeo i Julia. Bogactwo znanych w kulturze postaci, przedmiotów, miejsc i motywów wprawia w osłupienie. Niejednokrotnie z największym zdumieniem odczytałam jakieś zdanie i z poczuciem olśnienia konstatowałam: „o rany, to stąd”. Przyznam Wam szczerze, że tak naprawdę nigdy nie poznałam średniowiecznych legend. Te wszystkie wątki gdzieś się przewijały, głównie w kulturze popularnej. Imiona są mi dobrze znane, ale to by było na tyle. Taki Lancelot... udało mi się zdobyć wyższe wykształcenie humanistyczne, a jeszcze kilka tygodni temu nie potrafiłam przytoczyć jego historii. O Świętym Graalu wiedziałam tyle, co mi wyłuszczył profesor Langdon w „Kodzie Leonarda da Vinci”. Nie znałam wcześniej książki, która zbierałaby te opowieści; w literaturze dla dzieci ziała średniowieczna luka, teraz tak znakomicie zapełniona.

No właśnie, bo „Wielka księga średniowiecznych legend” to nie tylko jedyne znane mi opracowanie takich historii. To także znakomite ich ujęcie. Teksty Mirallesa są krótkie (zastosowano liczne skróty, ale dzięki temu opowieści są dynamiczne i nie nużą), podzielone jeszcze na mniejsze jednostki. Język został uwspółcześniony, jednak niepozbawiony pewnych archaizmów („Gdy cesarz przybył do Ronsewalu, nie zastał już przy życiu nikogo z tych, których tak bardzo miłował. Ogarnięty wielkim żalem przez chwilę nawet myślał, że utraci zmysły.” – s.35). Zachował też pewną „szorstkość” i prostotę charakterystyczną dla tekstów z epoki. Daje to bardzo ciekawy efekt. To nie jest kolejna uproszczona i zidiociała wersja znanej bajeczki, ale solidny kawał dobrej literatury.

Jeśli hasło „wielka księga” budzi w Was pewne określone uczucia, to są to uczucia prawidłowe. Trzymając w rękach tę książkę ma się wrażenie, że naprawdę pochodzi ona z odległej przeszłości. Jej twarda, gruba okładka z gotyckimi okienkami kreuje atmosferę tajemniczości. No i ilustracje, których autorem jest Adrià Fruitós. Jestem nimi kompletnie oczarowana! Całostronicowe, barwne, soczyste, zainspirowane sztuką średniowieczną. Zwróćcie uwagę na dłonie i „płaskie” twarze. Albo wyraźne kontury i żywe, kontrastowe barwy. I te ozdobniki, i miniatury! Zdecydowanie wprowadzają w średniowieczny klimat. Ciekawe, swoją drogą, że na okładce nie pojawia się nazwisko autora, ilustratora natomiast – owszem. Przy tym wszystkim książka kosztuje stosunkowo niewiele. Swoją kupiłam wiadomo gdzie za niecałe 20 złotych. Nie chciałabym podsuwać wydawcy głupich pomysłów, ale to naprawdę dobra cena w stosunku do jakości.

We wstępie do książki autor pisze:

(...) pozwól ulecieć swojej wyobraźni i przenieś się w czasy Średniowiecza. Oto jesteś na placu w jakiejś małej miejscowości. Bawisz się ze swoimi kolegami. Nagle słychać rozgwar, kobiety krzyczą: „Żongler! Przybył do nas żongler!” Dorośli porzucają swe zajęcia i razem z dziećmi biegną, żeby zobaczyć i posłuchać przybysza. Ten ma na sobie długą pelerynę i szerokoskrzydły kapelusz. Siada pod drzewem, a wokół tłoczą się zaciekawieni ludzie. Wszyscy nadstawiają uszu. Rozbrzmiewają pierwsze nuty lutni i żongler rozpoczyna swą opowieść.

i właśnie tak czuję się, trzymając w rękach tę niezwykła książkę. Jak ta kobieta, co porzuciła swoje pranie i pobiegła na rynek, żeby posłuchać żonglera. Z rozchylonymi ustami czekam na to, co będzie dalej.

W moim osobistym ‘Top 10’ książek, które powinno mieć każde dziecko „Wielka księga...” z pewnością zajęłaby jedną z pozycji. Nie tylko za bycie podwaliną dla naszej europejskiej kultury, którą poznać trzeba, ale też za to, że nawet po tylu latach opowieści o rycerzach, księżniczkach, smokach, czarodziejskich eliksirach oraz o nieszczęśliwej miłości wciąż rozbudzają wyobraźnię i przyprawiają o rumieniec i szybsze bicie serca. Bardzo, bardzo polecam. 




















Wielka księga średniowiecznych legend
Tekst: Francesc Miralles
Ilustracje: Adrià Fruitós
Przekład: Piotr Fornelski 
Oprawa: twarda
Stron: 112
Wiek: 4+ (ale i dużo starsi będą bardzo zadowoleni)


Koniecznie przeczytaj też inne recenzje książek dla dzieci.


4 komentarze :

  1. Fajna książka, ja mam bzika na punkcie książeczek dla dzieci. I zastanawiam się czy nie kupuje ich za dużo. Jak mam chwilę to te najciekawsze recenzuje na moim blogu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Faktycznie, widzę, że książka niesamowita. Sama chętnie poczytałabym legendy średniowieczne :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy14 maja, 2016

    Dziewczyno! Mam remont mieszkania i koszty wciąż rosną a Ty wciąż kusisz książkowymi zakupami☺ stoję przed dylematem: kupić zawór do grzejnika czy "Wielką księgę.. .". Pozdrawiam. Anna D.

    OdpowiedzUsuń
  4. Aaaaa! Kupuję! :) Ilustracje są niesamowite!
    P.S. A co to profesor Langdon zły? :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...