niedziela, 30 października 2011

Recenzja: "Miasto poza czasem" - Enrique Moriel (audiobook)

Wydawnictwo Świat Książki

Opis wydawcy:

Thriller historyczny, rozgrywający się w Barcelonie od średniowiecza po czasy współczesne. Tajemniczy narrator - nieśmiertelny człowiek-wampir o wiecznie młodej twarzy - prowadzi nas przez stulecia, snując opowieść o swym niezwykłym życiu w zmieniającym się, fascynującym mieście. Na jego trop przypadkowo wpadają adwokat Solana i jego asystentka Marta Vives, zajmujący się dziwną śmiercią pewnego multimilionera... Wartka akcja i misterna intryga na pełnym anegdot tle dziejów Barcelony, a zarazem uniwersalny, całkiem poważny traktat o walce Dobra ze Złem. 



Znacie to uczucie, kiedy czytając książkę cały czas czekacie aż coś się wreszcie zacznie dziać? Dokładnie to czułam czytając „Miasto poza czasem”. Czekałam i czekałam. Niestety… nie wydarzyło się nic.

„Miasto poza czasem” to w zasadzie dwie odrębne historie. Jedną z nich stanowi osobista, a nawet intymna relacja kilkusetletniego mieszkańca Barcelony. Drugą jest historia Marcosa Solany i Marty Vives – dwojga współczesnych prawników, którzy w pewien bardzo mętny i niezbyt oczywisty sposób odkrywają tajemnicę życia Barcelończyka. Historie te są teoretycznie połączone, praktycznie jednak każda dotyczy czegoś innego i z pełnym powodzeniem mogłaby istnieć oddzielnie. Na dodatek autor stosuje najbardziej irytujący zabieg, jaki tylko można wybrać – dwie tak różne od siebie historie zostały poprzeplatane i rozdziały dotyczące dwóch kompletnie różnych rzeczy następują po sobie z pedantyczną regularnością. Zabieg ten całkowicie psuje (i tak szczątkowe już) napięcie i wpędza czytelnika w monotonny, niezaskakujący niczym rytm.

„Miasto poza czasem” wpisuje się w modne obecnie nurty. Jednym z nich jest wątek wampiryczny (narrator i przy okazji główny bohater jest wykreowaną na potrzeby książki odmianą wampira – urodził się i dorósł, jednak żyje wiecznie i pije krew). Drugi stanowi niesłabnąco rozchwytywany nurt książek o Barcelonie. Miasto to pełni istotny element całości (nazwy barcelońskich ulic i dzielnic często pojawiają się w treści), mogłoby jednak zostać zastąpione jakimkolwiek innym starym miastem bez najmniejszej szkody dla fabuły.

Powieść jest nieznośnie nudna. Nie potrafię nawet powiedzieć o czym dokładnie opowiada, ponieważ (dosłownie i w przenośni) nie mówi o niczym. Nie stanowi jednej, spójnej kompozycji; poznajemy konkretnych ludzi, jednostki, ich małe historie, które nie są ani interesujące, ani – jak prawdopodobnie zakładał autor – poruszające. Pod koniec powieści zlewają się za to w jedną, mało wyrazistą masę. Autor z lubością opisuje też barcelońskie domy publiczne na przestrzeni wieków. Niestety, nawet temat tak interesujący Moriel czyni nieciekawym i niewyobrażalnie ciężkim. Zdarzają się też niedociągnięcia kompozycyjne. Kompletnie niepotrzebna okazała się postać Tego Drugiego, który przedstawiony zostaje jako postać groźna, tajemnicza i – mogłoby się wydawać – kluczowa w całej historii, nagle jednak, w połowie książki słuch o nim ginie.

Jak to zwykle ma miejsce w przypadku literatury o niczym – aspiruje ona do miana filozoficznej. Tak jest i tu. „Miasto poza czasem” pełne jest okropnie długich wywodów na temat czasu, wieczności i natury zła. Problem jednak polega na tym, że nie są one w żadnym stopniu oryginalne. Nie wniosły do powieści nic, co by mnie zainteresowało, zaszokowało, czy przynajmniej zmusiło do refleksji.

Wielkim osobistym rozczarowaniem było dla mnie to, że lektura nie dostarczyła mi żadnej wiedzy historycznej. Od książek, których akcja dzieje się na przestrzeni kilku wieków wymagam, aby ta w nienachalny i przystępny sposób, niby mimochodem, przelała mi do głowy przynajmniej odrobinę historycznej mądrości. Narrator często napomyka jak dobrze znane mu są historyczne wydarzenia, jednak wiedzy tej nie przekazuje. Po wysłuchaniu całej powieści wiem jedynie, że przewinęła się tam jakaś rewolucja i jakaś wojna. Być może historyk, osoba obeznana wcześniej z historią Barcelony z łatwością wyłapałaby te drobiazgi, ja nie potrafię nawet powiedzieć w jakiej mniej więcej epoce działy się wspomniane wyżej wydarzenia.

Na koniec wielki minus za delikatnie antyfeministyczny oddźwięk powieści (nie ma rozdziału, w którym nie zostałoby podkreślone, że – owszem – bardzo mądra i utalentowana Marta ma przy okazji piękne i zgrabne nogi), a także za nazywanie homoseksualisty „pedałem”, bez względu na epokę, w której była wypowiadana owa „opinia”.

To wszystko jednak nie byłoby może aż tak uporczywe, gdyby nie sposób prezentacji treści. Metoda czytania Krzysztofa Wakulińskiego jest dla mnie nie do przyjęcia. W czym tkwi problem? Przede wszystkim lektor za bardzo prezentuje swoje zdolności aktorskie, przez co bardziej niż na treść, zwraca uwagę na swój głos. Rzecz niedopuszczalna w przypadku audiobooków, która nie pozwala samemu zmierzyć się treścią książki, a narzuca lektorską interpretację. Największym problemem Wakulińskiego jest jednak dynamika. Bardzo często zdarza się, że zaczyna on czytać frazę głośno, aby wraz z końcem zdania zamienić głośność swojego głosu w szept tak cichy, że niemal niesłyszalny. Zwiększenie słyszalności używanego do odsłuchania książki urządzenia nie ma przy okazji najmniejszego sensu, ponieważ początek kolejnego zdania znowu przeczytany będzie bardzo głośno. Zdarza się, że lektor (chcąc zapewne wprowadzić nastrój przepełniony grozą i tajemnicą) zaczyna zdanie chrapliwym i syczącym, a przez to niewyraźnym i bardzo nieprzyjemnym dla ucha szeptem. Wówczas mierna jest słyszalność całego fragmentu.

„Miasto poza czasem” mi się nie podobało. Wydaje mi się, że autor chciał upchnąć w niej wszystko „to, co najlepsze”, czyli Barcelonę, wampiry, odrobinę seksu (jakże żenującego w jego wykonaniu) i garść filozoficznej prawdy życiowej. Nie wyszło mu nic godnego uwagi. Mimo sporych oczekiwań dwa główne wątki nie połączyły się w żaden fascynujący i niespodziewany sposób, a mnie pozostał niesmak i poczucie kompletnie zmarnowanego czasu. Ani to thriller ani historyczny. Nie polecam.

środa, 26 października 2011

Recenzja: "Istoty Światła i Ciemności" - Simon R. Green

Recenzja tomu pierwszego: Coś z Nightside
 
Wydawnictwo Fabryka Słów


Opis wydawcy:


Watykan ma plan – zachować status quo. Boski plan nie zezwala jednak, by olbrzymia moc pozostawała w rękach śmiertelników. Ci z Dołu jak zwykle próbują udaremnić plany Góry. Jest jeszcze Kolekcjoner pragnący zdobyć unikatowy eksponat oraz rzesze innych, którzy mają własne plany. Każdy z nich pożąda Graala... Nieświętego Graala – kielicha Judasza z Ostatniej Wieczerzy, źródła ostatecznej potęgi i nieskończonego zepsucia. Tylko John Taylor nie ma planu. Nie ma też wyboru – musi odnaleźć Kielich, by powstrzymać Armagedon. Nightside, gdzie można się sztachnąć Elvisem i spędzić noc z Marylin Monroe, gdzie martwa zakonnica pokaże stygmaty - wszystko za odpowiednią opłatą. Wynaturzone magiczne serce Londynu, gdzie grzech jest cnotą, a cnota występkiem, będzie areną walki o kielich, walki w której stawką są losy świata.


Z tomami drugimi bywa różnie, zwłaszcza w fantastyce. Zdarzają się bowiem kontynuacje pisane na siłę, bez większego pomysłu na ich rozwój. „Istoty Światła i Ciemności” do nich nie należą. To doskonały sequel, który zachwyci każdego miłośnika fantastyki i dobrego humoru. 

Znowu trafiłam do Nightside. Całe szczęście! Niewiele czasu potrzeba, aby zatęsknić za tym miejscem. Teraz, zaznajomiona już z tajnikami krainy, kroczyłam ulicami Nightside jak stały bywalec. Wstąpiłam do Obcych Znajomków i spotkałam starych znajomych – Wystrzałową Suzie i Ostrego Eddie’go. Nie było jednak miło. Czy w Nightside może w ogóle być miło? Niebo pociemniało i zasnuło się ruchomymi kształtami. To anioły – bezwzględne i okrutne istoty, które poświęcą miasto i jego mieszkańców, aby zdobyć upragniony cel, a jest nim Nieświęty Graal – kielich, z którego w czasie ostatniej wieczerzy pił sam Judasz. John Taylor znów ma ręce pełne roboty; Watykan zlecił mu znalezienie Graala. Podobne plany ma jednak wielu. 

Autor miał przed sobą trudne zadanie. W poprzedniej powieści to sytuacja rządziła akcją – dużo bardziej interesował mnie sposób kreowania przestrzeni niż to, co się za chwilę wydarzy. Teraz było jednak inaczej. Nie wszystko było dla mnie nowością, nie wszystko przykuwało moją uwagę; potrzebowałam akcji, zawiłej intrygi, która mnie zaskoczy, pochłonie i sprawi, że ze zdenerwowania zacznę obgryzać paznokcie. Autor mnie nie zawiódł. Dostarczył wielkich emocji nie zaniedbując przy tym swojego genialnego świata. Poznajemy jeszcze mroczniejsze zakamarki Nightside. 

„Istoty Światła i Ciemności” mimo, że osadzone w tej samej rzeczywistości i nawiązujące do części poprzedniej, stanowią zupełnie nową opowieść, wprowadzają nowe wątki i galerię niezwykłych postaci (poznajemy między innymi legendarnego Merlina). Świeżość opowiedzianej historii zaskakuje i sprawia, że mamy ochotę na więcej. Pojawiają się niewykorzystane dotąd wątki religijne i klerykalne. Green pozwala sobie na drobną kpinę z religijnych wierzeń. Zarówno wysłannicy nieba, jak i piekła to niedbające o losy ludzi monstra, których trzeba się pozbyć najszybciej jak to możliwe. „Nie było na czym oka zawiesić ani nic do roboty, a nie zamierzałem marnować czasu na modły” - Opisuje swoje wrażenia z pobytu w kościele Taylor. Autor daje nam też ciekawe spojrzenie na Judasza ukazując go w nowym, typowym dla siebie, groteskowym świetle. Wszystko to okraszone humorem. 

Warto jednak pamiętać, że powieść Green’a to nie tylko zbiór zabawnych i absurdalnych sytuacji. To także do bólu trafne spostrzeżenia dotyczące świata i człowieka. Tak banalne, że się przy nich nie zatrzymujemy, a uderzają w nas dopiero po chwili, kiedy zdajemy sobie sprawę, że błyskotliwa uwaga odnosić się może nie tylko do dziwnej kreatury, o której czytamy, ale także do nas samych. 

Simon R. Green pokazał, że ma niewyczerpane pokłady szalonej wyobraźni. W tomie drugim nadal potrafi zaskoczyć. Co więcej! Nie mam najmniejszych wątpliwości, że także kolejne części tej serii będą równie udane. Green udowodnił, że pomysłów mu nie brakuje, a Nightside ma w sobie jeszcze wiele tajemnic. 


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl

wtorek, 25 października 2011

Recenzja: "Coś z Nightside" - Simon R. Green

Wydawnictwo Fabryka Słów

Opis wydawcy:

Wszystkie drogi prowadzą do Nightside… John Taylor, specjalista od spraw beznadziejnych, od pięciu lat skutecznie unika kłopotów. Błogi spokój kończy się wraz z chwilą, gdy próg jego biura przekracza obrzydliwie bogata Joanna Barrett. Za cenę odnalezienia jej córki, enigmatyczny detektyw łamie daną sobie przysięgę i wyrusza tam, gdzie nie można polegać nawet na ciągłości czasu. 
Konie, które boją się dentysty, gazeta z przyszłego tygodnia, przeboje Dylana grane od tyłu przez ulicznego grajka i krzywizny czasoprzestrzeni… Żeby to przetrwać, wstąp na szklaneczkę czegoś mocniejszego do Obcych Znajomków. Uważaj! Twoją moralność oceni sam Merlin… Nightside. Miejsce, gdzie spełniają się marzenia i ożywają koszmary. Gdzie można kupić wszystko, często za cenę duszy. 



Coś pojawiło się w Nightside. Coś naprawdę złego. Ale czy w świecie, w którym ożywają koszmary istnieje coś, co potrafi nas przerazić?

Początek powieści sprawia złudne wrażenie normalnego. Poznajemy Johna Taylora – cieszącego się złą sławą detektywa, który stara się związać koniec z końcem. To on opowiada nam o wszystkich wydarzeniach, a narracja ta przypomina zasłyszane w starych filmach opowieści dzielnych policjantów. A w zasadzie ich parodie, bo John swoje zdania przyozdabia żartami i anegdotkami. Zabawne, ale boków nie urwało. Do biura detektywa przychodzi klientka. Wynajmuje Taylora i jego nadprzyrodzony dar (potrafi on bowiem znajdować ludzi i przedmioty), aby ten pomógł jej odnaleźć zagubioną córkę. Wtedy trafiamy do Nightside. I wtedy właśnie wszelkie pozory tego, że do czynienia będziemy mieć z poważną i statyczną powieścią detektywistyczną, znikają całkowicie.

Green wykreował niesamowity świat, zadbał o każdy szczegół, a tych jest wiele. Nightside to świat pełen sprzeczności i absurdu. Tu nic nie jest takie, jakim się wydaje – kategorie piękna i brzydoty, moralności i grzechu, sacrum i profanum nie istnieją. Tradycje wierzeniowe i demonologiczne stapiają się w jedno i zostają umieszczone właśnie tutaj. Wyobraźnia autora nie zna granic i sięga znacznie dalej niż fantazja niejednego czytelnika, dla którego zatopienie się w Nightside nie będzie biernym odbiorem, a psychodeliczną podróżą w głąb własnych, nieuświadomionych nawet pragnień i marzeń. Bo takie jest Nightside – przerażające, groźne i niebezpieczne, ale warte zaprzedania swej duszy.

Powieść skrzy się humorem. Dzikie wybuchy śmiechu pojawiające się w czasie czytania potrafią doprowadzić do utraty tchu, a nawet wtedy, gdy akurat nie zwijamy się w ekstatycznych chichotach, dobry humor nas nie opuszcza. Kiepskie anegdotki Taylora z początkowych stronic zastąpione zostają błyskotliwym opisem pełnym absurdalnego humoru. Jeśli wśród czytelników znajdzie się miłośnik tego właśnie typu żartu – z pewnością się nie rozczaruje. Zabawny jest nie tylko sposób opisywania świata użyty przez Taylora, ale też to, co opisuje. Autor zestawia ze sobą przedmioty i sytuacje, których wyobraźnia szarego człowieka nie umieściłaby na jednej linii, zyskując tym samym doskonały efekt.

Poznajemy też grono groteskowych postaci, a wśród nich Ostrego Eddie’go – Ulicznego Boga Brzytwy, Kolekcjonera (kolekcjonującego dosłownie wszystko) i – moją faworytkę – Wystrzałową Suzie, która dumnie prezentuje opaskę ze skóry człowieka, którego zabiła w wieku 12 lat. Odwiedzamy niezwykłe miejsca, takie jak Wiatr Sokoła – bar w którym nie płynie czas. Trafić możemy na Piaski Czasu, które przeniosą nas do przyszłości. Przede wszystkim zaś przyjrzeć możemy się najróżniejszym istotom nadprzyrodzonym, które zalewają karty powieści. Wampiry, zjawy i inne stworzenia, które spotkać możemy w bajkach, to w Nightside nic niezwykłego. Miasto przyciąga do siebie znacznie groźniejsze monstra. Autor zgrabnie lawiruje w demonicznym świecie, kreując postacie spotykane jedynie w snach – hybrydalne, bez określonego pochodzenia etnicznego. Nightside to zbiór cudownie dziwacznych i przerysowanych postaci, z których każda mogłaby być sztandarem dla walczącego o prawa mniejszości stowarzyszenia.

No i wreszcie coś, co lubię najbardziej – zabawy z czasem. Czasoprzestrzeń, nie jest w stanie ograniczyć twórczego rozmachu autora. Każde nowe zagięcie przestrzeni i każdy skok w czasie to dla niego zabawa, w której czytelnicy aktywnie uczestniczą. Ponadto wszystko dopracowane jest do perfekcji i ma swój logiczny ciąg, co w przypadku tego typu zabiegów jest rzeczą bardzo istotną.

„Coś z Nightside” to połączenie kilku konwencji. Nazwać go kryminałem, bądź fantastyką, to za mało. Powieść łączy w sobie cechy klasycznego kryminału noir, barwnej powieści fantasy, a także wiele różnych tradycji kulturowych. Ta mieszanina dziwnych zjawisk, kolorowy tłum postaci o różnym statusie ontologicznym i różnym stanie skupienia tworzy prawdziwe postmodernistyczne arcydzieło. „Coś z Nightside” nie zachwyca swoją intrygą, czy rozwojem fabuły (choć nie mam im nic do zarzucenia), ale tą eklektyczną papką kulturową, która jest jedyna w swoim rodzaju.

Na koniec należy też wspomnieć o przepięknej szacie graficznej książki. Ilustracje, których autorem jest Dominik Broniek utrzymane są w stylu retro i odwołują się do klasycznej strony dzieła. Detektyw w prochowcu uchwycony został z najważniejszymi postaciami i momentami w powieści. Ilustracje świetnie dopełniają całości, nie zniekształcając przy tym naszego osobistego odbioru.

Obrazy wykreowane przez Green’a nie są ładne. Nie sposób tez ich analizować, bo świat w nich przedstawiony nie daje się sklasyfikować i zrozumieć. To żywioł, rozwiewający włosy szalony pęd, któremu czytelnik musi się poddać. Zamknij oczy, wyłącz zmysły, poczuj Nightside. 


 Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl


środa, 19 października 2011

Recenzja: "Dotyk ciemności" - Karen Chance

Wydawnictwo Papierowy Księżyc

Opis wydawcy:

Dotyk Ciemności to pierwszy tom bestsellerowej serii o przygodach Cassandry (Cassie) Palmer, która posiada zdolności jasnowidzenia i komunikowania się ze światem zmarłych.
Błyskotliwa i wciągająca seria autorstwa Karen Chance to jeden z najpopularniejszych na świecie cykli paranormal/urban fantasy. Jest publikowany w kilkunastu językach i na całym świecie cieszy się równą popularnością co serie Patricii Briggs, Ilony Andrews czy Charlaine Harris.


„Ni to ziębi, ni to grzeje” - głosi ludowe przysłowie, którym z pewnością określić można powieść Karen Chance. „Dotyk ciemności” bowiem, to powieść niejednolita, budząca wiele skrajnych emocji. 

Dość szybko tocząca się akcja rozpoczyna się już na pierwszej stronie. Barwna narracja Cassie pozwala nam wczuć się w opowiadane przez nią wydarzenia, a dzięki jej zdolnościom wizjonerskim mamy dostęp do wszystkich potrzebnych informacji.
Świetna jest też bogata w szczegóły miejsko-fantastyczna rzeczywistość. Niezwykle ciekawa jest duża ilość występujących w powieści istot nadnaturalnych; od wampirów, poprzez magów, aż po duchy. 

Bohaterką opowiedzianej historii jest Cassie – sławna wizjonerka, która stara się prowadzić normalne życie. O to jednak trudno, jeśli zobaczyć można swój własny nekrolog. Cassie jednak nie zamierza się poddać i ucieczką próbuje ratować swoje życie. Niestety bohaterka nie wzbudziła mojej większej sympatii. Czemu? Nie wiem. To potrafiąca radzić sobie w trudnych sytuacjach kobieta, potrafi walczyć i się bronić. To jednak, czego broni najbardziej to własne dziewictwo. Cecha ta sprawia, że powieść – celowo, czy nie – nabiera dziwnego zabarwienia moralno-wychowawczego. A wszelkie elementy erotyczne w niej występujące, tylko to wrażenie potęgują. Postawa Cassie irytuje i prezentuje główną bohaterkę jako słabą, nieco głupiutką istotkę. A bieganie z pistoletami i walka wręcz zobowiązuje, prawda? 

Kolejną kwestią są podróże w czasie. Tematyka ta, niezwykle przez mnie lubiana, pojawia się także tutaj. Czytając powieść trzeba cały czas pozostawać w czujności, aby nie pogubić się w chaotycznych, skomplikowanych opisach wydarzeń zwłaszcza, że dzieją się one na różnych płaszczyznach czasowych. 

Bohaterowie dzielą się na dwie grupy – pierwszą, wykreowaną przez Karen Chance i drugą… bandę historycznych postaci, mieszaninę różnych epok i narodowości. Zabieg ten wyszedł nie tylko nieciekawie, ale wręcz żenująco i według mnie jest najsłabszym elementem całej powieści. Przyłapałam się na tym, że czytając o Kleopatrze, Rasputinie i całej gromadzie innych historycznych osobistości zasłaniałam twarz dłonią – wstydziłam się, było mi głupio, że czytam coś tak – mówiąc kolokwialnie, ale dosadnie – idiotycznego. Wszystkie zresztą zabiegi ze zmianą czasu nie wyszły autorce najlepiej. Choć ciekawie zaprezentowane – nie trzymały się podstawowych zasad logiki. Bohaterowie gmerają w przeszłych odmętach, zmieniają bieg wydarzeń, a ich teraźniejszość pozostaje taka sama.

Zastanawiam się w czym tkwi problem. Nie w całokształcie, bo ten w ostatecznych rozrachunku wypada na plus. Diabeł tkwi w szczegółach, które są tutaj niedopracowane, nieprzemyślane i co najważniejsze – bardzo irytujące. Książkę przeczytać można, ale na pewno nie ma co liczyć na niezapomnianą lekturę.


Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytac.pl



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...