niedziela, 10 lutego 2013

"Nevermore. Kruk" - Kelly Creagh

Wydawnictwo Jaguar
Stron: 454

Opis wydawcy: (jak to u Jaguara, zdradza naprawdę dużo!)

Niezwykły romans paranormalny z gotyckim twistem. Nie tylko dla nastolatek!
Uważaj, czego pragniesz... Możesz to otrzymać!
Kapitan szkolnej drużyny cheerleaderek, Isobel Lanley, jest przerażona, gdy nauczyciel każe jej pracować nad projektem z literatury w parze z Varenem Nethersem. Jakby mało było tego, że dzień oddania pracy zbiega się w czasie z najważniejszym meczem szkolnej drużyny, Isobel musi spędzać swój czas w towarzystwie jednego z najbardziej antypatycznych i nielubianych facetów w szkole. Co więcej – sardoniczny, obojętny i zdecydowanie trudny w obsłudze Varen, nie kryje, że nie ma najmniejszej ochoty wziąć na siebie pracy Isobel.
Dopiero gdy Isobel, wiedziona niezdrową ciekawością, zagląda do notatnika Varena i odkrywa w nim dziwne zapiski oraz niepokojące szkice, postanawia, że jednak zmusi się do współpracy z dziwacznym gotem.
Ciekawość to, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła.
Isobel szybko zaczyna szukać wymówek, by tylko spędzać czas z Varenem. Odsuwa się od przyjaciół i zrywa z autorytarnym chłopakiem, narażając się na szkolną ekskomunikę. Dziewczyna, niczym ćma do płomienia, lgnie do dziwnego świata Nethersa – świata, w którym ożywają koszmarne historie Edgara Allana Poego...
Zafascynowana Varenem i jego fantasmagoryczną rzeczywistością, Isobel odkrywa, że sny, podobnie jak słowa, mają wielką moc, a największym zagrożeniem dla człowieka, jest on sam. Czy uda się jej ocalić Varena przed cieniami, które on sam powołał do życia?


Przed rozpoczęciem przygody z „Nevermore” ktoś mi powiedział, że tę książkę albo pokocham, albo znienawidzę. Otóż nie, okazuje się, że to nieprawda. Książki po prostu umiarkowanie nie polubiłam i w zasadzie się rozczarowałam, bo po tych wszystkich pozytywnych opiniach spodziewałam się czego więcej.

„Nevermore” to całkiem przyjemna historia o czirliderce, szkole i miłości. Autorka chciała być jednak oryginalna i w tym celu złamała kilka amerykańskich stereotypów. Oto główna pomponiara spotykająca się z przystojnym futbolistą zakochuje się w mrocznym odludku. Miało być oryginalnie, bo !!! SPOILER ALERT !!! Varen nie jest ani wampirem ani wilkołakiem. Jest za to gotem, a tego jeszcze teoretycznie nie było. No właśnie – teoretycznie, bo autorka ubrała go w czarne ciuchy, podmalowała kredką powieki i chciała, żeby w tym przebraniu dokonał paranormalnoromansowej rewolucji. Ale czym tak naprawdę różni się on od Edwardów i innych Stefanów? Niczym. Jest tak samo ponury, tak samo zamknięty w sobie i tak samo „tajemniczy”, czyli w kluczowych momentach nic nie mówi.
Naprawdę nie jestem w stanie pojąć dlaczego wszyscy tak strasznie zachwycają się Varenem! Rany boskie! Czym tu się zachwycać?! No czym?! Dla mnie ten chłopak to wielka emo cipa, trochę w stylu romantycznego bohatera – bezsilny, zapatrzony w swoją twórczość i obrażony na cały świat. Klasyczny nastolatek, który swe męki dojrzewania przeistacza w wartość i zaczyna uważać się za najbardziej wyjątkowego człowieka na świecie. Gdyby stanął przede mną, potrząsnęłabym go mocno za ramiona, żeby się wreszcie ocknął. Nienawidzę takich mimoz ani w książkach, ani w życiu! Isobel natomiast to kolejna sadomasochistyczna bohaterka, która ugania się za olewającym ją chłopakiem. Nudy, nudy i jeszcze raz nudy, kompletnie nic nowego.

Mimo wszystko, do pewnego momentu książka nie była zła. Perypetie czirliderek i ich chłopaków bywały nawet zabawne. To właśnie wtedy popełniłam życiowy błąd i kupiłam tom drugi (faktu tego nie mogę sobie darować aż do dzisiaj!). A potem na pierwszy plan zaczął wysuwać się wątek paranormalny i wszystko zaczęło się psuć. Wszystko sknociło się do tego stopnia, że w połowie, bez żadnych przeszkód i wewnętrznego buntu przerwałam czytanie „Kruka”, aby uczyć się do sesji.

Sam pomysł, żeby zainspirować się twórczością Poego uważam za dobry, a nawet za świetny. Uwielbiam ideę intertekstualności, a jej dosłowne użycie (bohaterowie wchodzący w świat przedstawiony innego dzieła literackiego) uważam za genialne! Tyle tylko, że Kelly Creagh nie do końca to wyszło. Bo pierwszą zasadą intertekstualności powinna być rozpoznawalność intertekstu, a „Maskę Śmierci Szkarłatnej” poznajemy tylko przez jej bardzo pobieżną lekturę Isobel, która na dodatek twierdzi, że to nudne, więc czyta tekst „po łebkach”. No i niby jak ma potem rajcować to całe łączenie się świata rzeczywistego ze światem opowiadania? To jedno. Drugie natomiast, to fakt, że to wszystko było chyba źle napisane. Nie wiem w czym rzecz, nie potrafię tego dokładnie określić, ale ostatnie sto stron stanowiło dla mnie prawdziwą udrękę. To nie było nawet nudne (chociaż też), to było takie jakieś ciężkie i nieprzystępne, nużące i wręcz fizycznie męczące. Tyle się działo, tyle akcji, taka gonitwa z czasem, a ja nic, nie drgnął we mnie ani jeden nerw. Jedyne co chciałam, to jak najszybciej mieć ten koszmar za sobą.

Nie podobało mi się też to, że w zasadzie do samego końca nic się nie wyjaśniło. Lubię jak od początku (najpóźniej w połowie) wprowadzeni jesteśmy we wszystkie tajne zakamarki świata przedstawionego. Tutaj przez całą powieść kluczymy wraz z bohaterką pomiędzy dziwnymi i niewyjaśnionymi sprawami, a pod koniec wcale nie wiemy więcej. Nie wiem, czy miało być tajemniczo, czy po prostu autorka na tym etapie sama nie wymyśliła jeszcze o co w tym wszystkim chodzi. Strasznie irytujące uczucie.

I na to wszystko ta Isobel, która nie mając o niczym pojęcia postanowiła uratować cały świat. Nienawidzę takich motywów! A już najbardziej irytujący w tym wszystkim był Varen, który na każde konkretne pytanie odpowiadał „ach, nie chciałem cię w to wciągnąć” albo „ach, naprawdę tego nie przewidziałem”. O boże! Wiedział, że dziewczynie grozi niebezpieczeństwo, wiedział, że jest źle, a nic nie powiedział, tylko dalej prezentował tę swoją tragiczną, mroczną duszę. 

W książce pojawiło się też kilka teoretycznie niewiele znaczących, ale za to głupich elementów, na które zwracałam uwagę i które mnie niezmiennie irytowały. Na przykład sytuacje w stołówce. Isobel za każdym razem kupowała sobie obiad i nigdy nic nie jadła, bo albo z kimś rozmawiała, albo rzucała tacą, albo uciekała. Lodów od Varena też nie zjadła. Może to głupie, ale bardzo mnie drażni takie marnotrawstwo jedzenia.
Poza tym najgorszy na świecie typ rodzica, czyli ojciec głównej bohaterki, który bez przerwy wtrącał się w życie uczuciowe córki, decydował o tym, z kim powinna się spotykać i który dał Isobel szlaban za to, że się pokłóciła z chłopakiem. Na dodatek niezdrowo zafascynowany czirlideringiem; chodzi na mecze, kibicuje, a Isobel boi sie mu powiedzieć, że wyleciała z drużyny. WTF??? Przypominał mi tych nawiedzonych rodziców z programu Toddlers & Tiaras; pałającego chorą ambicją, chcącego wychować sobie idealną amerykańską córkę. Wiele było takich przesadzonych i durnych scen. Na przykład to, że Varen napisał Isobel swój numer NA RĘCE! O boże, jaka afera! Już nie wspomnę o tym, że ta wielka miłość na śmierć i życie to po tygodniu znajomości. Trochę żenada.

Muszę jeszcze wspomnieć o bardzo niechlujnej korekcie książki. W wydaniu przeze mnie posiadanym (wydanie pierwsze) aż roi się od literówek. Najczęściej spotykanym błędem jest brak przyimka „w”. Na przykład: „Isobel ruszyła kierunku szatni” (s. 298). Tego typu przykładów jest całe mnóstwo.

I tylko jedna jedyna smutna myśl naszła mnie po skończeniu powieści... Kto będzie karmił kota? :(

Daję 3/6.

20 komentarzy :

  1. Sama już nie wiem czy zabierać się za "Nevermore". Widzę oceny od najwyższych do najniższych i nadal nie postanowiłam, czy książka powinna znaleźć się na mojej półce.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam ją w planach, a rozpiętość recenzji sprawia, ze nabieram ochoty na wyrobienie sobie własnego zdania

    OdpowiedzUsuń
  3. O, a ja dosłownie przed chwilą skończyłam tę książkę i właśnie zabieram się za recenzję, żebym mogła szybko ją wrzucić na bloga. :) Póki co Twojej opinii nie czytam, żebym się nią nie sugerowała w żaden sposób, a przyznaję, że Twoje recenzje mają na mnie taki wpływ. :P Na pewno do niej zajrzę jak napiszę swoją. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem! Chociaż z tego, co widziałam, to się nie mogłaś oderwać od Nevermore, więc pewnie ocena będzie inna. :)

      Usuń
    2. Ja już swoją recenzję napisałam, przeczytałam teraz Twoją i właśnie zwróciłaś mi uwagę na dwie rzeczy, które mi wyleciały z głowy, ale już ich nie będę u siebie dopisywać: sytuacje w stołówce, gdy Isobel nie kończy posiłku (WKURZAJĄCE) i biedny kot, który teraz będzie musiał sobie jakoś poradzić.
      Cóż, ja napisałam bardziej pozytywną recenzję na temat tej książki, chociaż nie obeszło się bez minusów (m.in. ojciec Isobel, o rany, koszmarny typ!). Jednak książka mi się spodobała i z chęcią sięgnę po 2 tom. ;)

      Usuń
  4. Utknęłam na 300 stronie i na razie jakoś dalej mnie nie ciągnie. Nie powiem książka zła nie jest, ale jak na takie ochy i achy spodziewałam się czegoś o wiele lepszego. Jednak zostało mi jeszcze te 150 stron do końca może czymś mnie jeszcze zachwyci?
    PS: nie mogłam się powstrzymać, sprawdziłam te literówkę na 298 :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie właśnie ta końcówka była najgorsza, ale czytałam też recenzje, w których zakończenie było wychwalane. :) Może będziesz miała szczęście i znajdziesz się w tej drugiej grupie. :)

      Usuń
  5. Tysiąc razy namyślałam się i rozmyślałam czy przeczytać tą książkę. I chyba zrobię to co do tej pory czyli nic...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja tam Nevermore lubię :D Nie uważam ją za jakąś mega wybitną powieść, ale podobało mi sie :)

    OdpowiedzUsuń
  7. "Wszystko sknociło się do tego stopnia, że w połowie, bez żadnych przeszkód i wewnętrznego buntu przerwałam czytanie „Kruka”, aby uczyć się do sesji." - to chyba najlepiej świadczy o książce. Gdy coś mnie niemal zachęca do nauki, zapala mi się lampka ostrzegawcza ;).
    Słyszałam, że "Nevermore" to coś tak genialnego, że och. A Ty znowu wywróciłaś książkę do góry nogami, i dobrze!

    OdpowiedzUsuń
  8. Widzę, że to książka "bez szału". Bo tak naprawdę czego można się spodziewać po zwykłej młodzieżówce? Odpuszczę sobie "Nevermore". Szkoda na nią tracić czasu.

    OdpowiedzUsuń
  9. Pomysł z Poe również bardzo mi przypadł do gustu :)

    OdpowiedzUsuń
  10. dlaczego zniknął twój ranking najlepszych seriali? Nie zdążyłam przeczytać go całego:( A recenzja bardzo wyczerpująca, wspaniale!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A bo coś mi się zepsuło i musiałam go usunąć. :( Wstawię jutro jak dam radę. :)

      Usuń
  11. A mnie książka urzekła od samego początku. Chociaż rzeczywiście jak teraz tak pomyślę, to korekta raczej leży i kwiczy :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Pierwszy tom oceniłabym na o wiele więcej, niż przeciętną ocenę. Nie jest to może wielkie arcydzieło, ale czyta się fajnie a postać Varena jest naprawdę największym plusem w mojej ocenie :) Niestety, drugi tom idzie mi nieco oporniej i po setnej stronie oddałam koleżance z obietnicą, że kiedyś go dokończę ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Dla mnie Varen to właśnie największa wada. :P

    OdpowiedzUsuń
  14. Jestem trochę zaskoczona twoją opinią, ponieważ jak dotąd czytałam same ,,ochy i achy'' na temat "Nevermore", więc to miła odskocznia spotkać rzetelną, szczerą recenzje tej książki. Wprawdzie nadal mam na nią ochotę, ale moje wymagania względem niej zapewne będę już nieco mniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie czytałam więc nie będę się wypowiadać. Ale rozbroił mnie fragment recenzji, dotyczący stołówki i tego, że bohaterka nic nie je. To chyba taki trend, bo kiedyś na jednym z forów, to samo zarzucano bohaterkom 90210. Albo miały na tacy kartonik mleka i selera, albo żyły samą latte. I nigdy nie było pokazane, jak i czy w ogóle jedzą.

    OdpowiedzUsuń
  16. Sam pomysł na wzorowanie się na Poem faktycznie fajny, szkoda że niewykorzystany.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...