niedziela, 24 lutego 2013

"Cyrk nocy" Erin Morgenstern

Wydawnictwo: Świat Książki
Czyta: Maria Peszek

Opis wydawcy:
Rozgrywająca się w zaczarowanym cyrku u schyłku dziewiętnastego wieku powieść Erin Morgenstern to magiczna, ponadczasowa historia miłosna.

Witajcie w Le Cirque des Reves: w namiotach w biało-czarne paski czekają was niezwykłe przeżycia, można się tam zgubić w gąszczu chmur, przechadzać po bujnym ogrodzie z lodu i podziwiać, jak wytatuowana kobieta guma wciska się do szklanego pudełka. W tym świecie iluzji rozgrywa się zaciekła rywalizacja - pojedynek dwojga magików, Celii i Marca, których od dzieciństwa szkolili właśnie w tym celu władczy nauczyciele. Rywale nie wiedzą, że w tej grze może być tylko jeden zwycięzca, a cyrk jest areną niecodziennej bitwy, w której bronią jest wyobraźnia. Kiedy zaś Celia i Marco dadzą się ponieść uczuciu, ich mistrzowie zdecydują się na bezwzględną interwencję.



Zabierając się za „Cyrk nocy” byłam przekonana, że przyjdzie mi się zmierzyć z romansem paranormalnym. Wydawca tak sprytnie (a może nieudolnie) pokierował opisem na okładce, że nie przyszło mi nawet do głowy, że mogę się spotkać z czymś innym. W rzeczywistości „Cyrk nocy” z młodzieżowym paranormal romance nie ma żadnych punktów stycznych, mimo że nie zabraknie tu ani zdolności paranormalnych, ani romansu. Powieść wymyka się schematom i ciężko zaklasyfikować ją do jakiejkolwiek większej kategorii. Z jednej strony to zaleta, bo coś nowego i oryginalnego będzie posiadać pewną wartość choćby nie wiem co, ale z drugiej strony to niezdecydowanie, brak wyznaczonych granic i reguł gatunkowych sprawiają, że książka, niczym niestabilna masa bez formy, trudna jest do ugryzienia i przetrawienia.

Zdarza mi się, że nie wiem co napisać o książce, która wywołała mój ogromny entuzjazm – wtedy nie potrafię poskromić swoich emocji. Zdarza się też, że książka jest tak słaba, że po prostu nie chce mi się zawracać nią głowy. Z „Cyrkiem nocy” jest zupełnie inaczej. Po raz pierwszy w życiu nie umiem (a im usilniej się staram, tym bardziej nie potrafię) stwierdzić, czy książka mi się podobała. I nie wynika to z jej „nijakości”, w żadnym wypadku nie mogę określić jej jako „średniej”. Po prostu czasami myśląc o tym, co przeczytałam popadam w zachwyt, a czasami czuję niechęć i niezadowolenie. Co ciekawe, moje niezdecydowanie nie dotyczy konkretnych fragmentów; nie mam tak, że różne wątki wywołują skrajne reakcje. Różne typy odczuć dotyczą całej powieści i nawet w czasie pisania tego akapitu zmieniały się one kilkukrotnie.

O co w tym wszystkim chodzi? Dwóch starych magików od lat organizuje pojedynki. Nie pojedynkują się jednak sami, wykorzystują w tym celu swoich uczniów. Tym razem zadecydowali o losie Celii i Marca, którzy bez względu na to, co postanowią, na zawsze związani zostaną ze swoją areną – cyrkiem. Teoretycznie cały pojedynek i jego okoliczności owiane są tajemnicą (wprowadza to zresztą w powieści ciekawą atmosferę) i – zwłaszcza na początku – ciężko powiedzieć, o co chodzi. Jednak już na samym początku  (i nie wiem czy było to zamierzone, czy po prostu mój bezwzględnie sprytny i błyskotliwy umysł wyłapał tę informację) wiedziałam co jest celem pojedynku. Pomna więc tego oczywistego faktu irytowałam się niewiedzą bohaterów.

Zacznijmy od tego, co najważniejsze i co w ogromnej mierze kształtuje moją niechęć do świata przedstawionego. Nienawidzę cyrku, a nienawiść ta jest silna i umacniana od najwcześniejszych lat dzieciństwa. Nienawidzę jego estetyki, nie śmieszy mnie typ humoru w nim prezentowany, a ponad wszystko nie interesują mnie jego atrakcje: nie lubię akrobatów (nawet najśmielsze powietrzne ewolucje nie zyskują mojego uznania), klaunów się wręcz boję, a myśl o masowo maltretowanych zwierzętach tylko po to, aby jakiś debil mógł sobie poklaskać, wywołuje mój największy sprzeciw. Słowem: cyrk nie jest dla mnie miejscem magicznym. A właśnie takie ujęcie tego tandetnego miejsca prezentuje w swej powieści Erin Morgenstern. I chociaż opisy Le Cirque des Rêves często podkreślają jego odmienność od tradycyjnego przybytku dziadostwa, to jednak poza kilkoma ciekawszymi atrakcjami idea jest taka sama. Konsekwencją mojego całkowitego niezrozumienia cyrkowego fenomenu były kolejne rozczarowania. Niektóre elementy, które powinny zachwycać, mnie śmieszyły albo denerwowały. Na przykład rêveurs – zafascynowani cyrkiem ludzie, którzy żyjąc „na walizkach” postanawiają podążać za cyrkiem od miasta do miasta tylko po to, żeby każdej nocy pooglądać występy akrobatów i nawpieprzać się popcornu w czekoladzie. W książce przedstawieni jako swoista elita, dla mnie totalni wariaci bez życia prywatnego.
Śmieszyła mnie też podniosłość w opisach cyrkowego świata. Na tą niemalże „świątynię” próbowałam patrzeć chłodno i bez zbędnych emocji, pamiętając o XIX-wiecznych realiach; o pozycji społecznej wędrownych trup artystycznych i innych „dziwolągów”.

Innych wad jest także bez liku. Mankament zwłaszcza dostrzegalny w przypadku słuchania audiobooka (gdzie nie można łatwo wrócić do poprzednich rozdziałów i przypomnieć sobie istotnych elementów) to ciągłe skoki akcji w czasie. Zabieg, który miał wprowadzić złudzenie „magiczności”, zapewnił jedynie chaos. Akcja skacze jak stado pcheł; w przód, w tył, za każdym razem o inny interwał.
Druga sprawa – bohaterowie. Z pozoru wszystko wydaje się w porządku, ale po skończeniu książki stwierdziłam, że z nikim się nie zżyłam, za nikim nie tęsknie, nie dumam nad ich dalszymi losami. Sprawa dziwna, ponieważ akcja książki rozciągnięta jest na kilkadziesiąt lat, a w takich przypadkach, kiedy ogląda się, jak bohaterowie dorastają, trudno ich przynajmniej nie polubić. Jedyna osobą, która wzbudziła moją sympatię był Bailey. Niestety, idea postaci została kompletnie zatracona i niewykorzystana.
Po trzecie – romans. Tak zły romans zdarza się rzadko. Nikogo nie polubiłam, nikomu więc też nie kibicowałam, za nikogo nie trzymałam kciuków. Romans między parą głównych bohaterów był mdły, nieciekawy i nieemocjonujący.
Po czwarte – nudne to wszystko jak flaki z olejem. Wydawnicza zapowiedź obiecywała „pojedynek” i „walkę”, co sugeruje sporo akcji, emocji i dynamiki. Tymczasem dostajemy bardzo rozwlekłą fabułę i dłużyzn co nie miara. Nic nie trzyma w napięciu, nic nie zaskakuje. Osławiony „pojedynek” to rozłożona w czasie sekwencja kilku zaledwie działań polegających na tworzeniu nowych atrakcji w cyrku. Nic w tym specjalnie ciekawego, ani tym bardziej groźnego, czy niebezpiecznego. Rozczarowuje zwłaszcza w połączeniu z romansem. Idea zakochanych w sobie przeciwników to kopalnia pomysłów i motywów, tutaj niestety niewykorzystanych.
No i samo zakończenie, które było tak głupie i bezsensowne, że zniweczyło wszelkie dobre wspomnienia. Ostatecznie nie zrozumiałam o co chodzi, a wydaje mi się, że nawet sama autorka nie była co do tego przekonana. Dużo patetyzmu, dużo niedomówień i dużo metafor – zdecydowanie nie lubię tego typu literatury.

A jednak nie było tragedii. Zazwyczaj po wyliczeniu tych wszystkich wad i niedociągnięć książka zostałaby zdeklasowana. Ale przy „Cyrku nocy” nie mogę tego zrobić. Mimo bohaterów, mimo koszmarnego romansu, i nawet mimo tego nieszczęsnego cyrku powieść ma w sobie magię; dziwną, nieuchwytną i niedefiniowalną. Jest dobrze napisana; bardzo plastycznie i bez stylistycznych zgrzytów. Wydaje mi się, że to właśnie owa plastyczność ratuje całą sytuację. Czytając powieść, która nie zachwyca, a czasami nawet nudzi, autorka jednocześnie sączy nam do głowy te wszystkie przepiękne wizje, nie pozwalając się od nich oderwać. Mimo idiotycznego rozwiązania całą powieść okrywa nutka tajemnicy. Słucha się tego jak baśni – dostrzegam te wszystkie niedociągnięcia, czuję, że coś jest nie tak – a jednak słucham dalej.

Nie mogę jednoznacznie polecić, czy też odradzić przeczytania powieści. „Cyrk nocy” mąci w głowie i wprowadza nową jakość i choćby dlatego zasługuje na uwagę. Daleko mi do zachwytów i oklasków, choć przyznam, że spędzone z książką godziny nie były całkowicie stracone. Czytanie zapewne szłoby oporniej, audiobook słuchany przy obieraniu ziemniaków (Maria Peszek jak zwykle spisała się rewelacyjnie!) umilił mi nieprzyjazne czynności. Ale to tyle, tęsknić nie będę.

4-/6

środa, 20 lutego 2013

"Insygnia. Wojny światów" S. J. Kincaid

Wydawnictwo: Egmont
Stron: 432

Opis wydawcy:
Tom Raines chciałby być kimś wyjątkowym. Niestety jego życie jest wyjątkowo… nudne – to nieustająca wędrówka od kasyna do kasyna z ojcem, pechowym hazardzistą. Tom zarabia na nich obu, wyzywając innych na pojedynki w grach komputerowych. Pewnego dnia wszystko się zmienia. Ktoś dostrzega jego osiągnięcia w świecie wirtualnych potyczek. Tom dostaje propozycję – może zostać kadetem w Wieży Pentagonu, elitarnej akademii wojskowej. Jeśli przetrwa, stanie się członkiem Sił Układu Słonecznego i poprowadzi swój kraj do zwycięstwa w III wojnie pozaziemskiej. Wreszcie będzie kimś ważnym, nadludzką maszyną bojową obdarzoną możliwościami, o jakich marzy każdy wirtualny wojownik. Życie w Wieży daje Tomowi wszystko, czego zawsze pragnął – przyjaciół, zainteresowanie dziewczyn, szacunek rywali. Ale czy jest gotów zapłacić za to najwyższą cenę? Insygnia to wciągająca przygoda w futurystycznym świecie. Ale też opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, zmuszająca do myślenia wizja rozwoju ludzkości i technologii.


„Insygnia” kupiłam w zasadzie bez namysłu. Nie czytałam recenzji (bo też żadnych nie było), nikt mi nie polecał. Zajrzałam na Goodreads, a tam 4,17! I jak tu nie czytać? Spodziewałam się czegoś bardzo konkretnego; miało być science fiction, miała być nadludzka maszyna bojowa i – przede wszystkim! – miała być wojna pozaziemska. No bo „Wojny światów” i jeszcze ta ognista kula na okładce. Okazało się, że „Insygnia” to coś zupełnie innego.

Czternastoletni Tom nie ma domu. Wraz ze swym ojcem – pijakiem i hazardzistą, podróżuje od kasyna, do kasyna. Nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, ale umie coś innego – jest niepokonanym mistrzem gier komputerowych. I właśnie ta umiejętność zostaje zauważona przez generała Marsh’a, który przyjmuje Toma do elitarnego grona kadetów szkolących się do walki w wojnie pozaziemskiej. Tom trafia do szkoły i... w zasadzie na tym momencie akcja się kończy. Zaczyna się nie trzymająca w napięciu powieść science fiction, ale wesoła, pozytywnie nastrajająca, ciekawa i niesamowicie śmieszna (do rozpuku!) historia o szkole (przede wszystkim), przyjaźni, dorastaniu (i rozterkach dojrzewania), a nawet miłości, z delikatnie poruszonym wątkiem kosmicznym w tle. Na początku byłam rozczarowana i w zasadzie nieustannie czekałam aż coś się zacznie dziać (no gdzie te statki kosmiczne, gdzie wojna?). Ale nic się nie działo, brakowało punktu kulminacyjnego. W połowie nawet coś drgnęło, ale skończyło się jeszcze szybciej niż zaczęło. I znów zrobiło się wesoło, sielsko, czarodziejsko. Wkrótce jednak, to wszystko nie miało ŻADNEGO znaczenia, bo książka okazała się cudowna. Przede wszystkim z mojej twarzy nie schodził ogromny, szczery uśmiech, to właśnie ten typ powieści, przy której nie sposób się nie chichrać.

Do głowy przychodzi mi porównanie, którego użyć muszę, a którego się boję, gdyż wiem, że to porównanie zobowiązuje. Do rzeczy! Konstrukcja szkoły i niektórych postaci jest jakby żywcem wyjęta z Harry’ego Pottera. Jest Pentagon (Hogwart) podzielony na oddziały, w których mieszkają kadeci. Jest na przykład Oddział Aleksandra (Gryffindor), Oddział Hannibala (Ravenclaw) i Oddział Dżyngis-chana (wykapani Ślizgoni). Jest wreszcie Tom (Harry), Vik (Ron), Wyatt (Hermiona), Karl (Malfoy) i porucznik Ryzerman (Snape). Są też gry wojenne do złudzenia przypominające drobne zaklęcia i żarty braci Weasley. Nie chcę zostać źle zrozumiana – w żadnym wypadku nie zarzucam książce braku oryginalności, nie, nie, nie! Staram się tylko opisać panującą w powieści atmosferę – bardzo miłą i przyjemną, przypominającą nieco pierwsze tomy Harry’ego – jeszcze beztroskie i niezbyt groźne, gdzie akcja toczy się głównie w dormitorium, stołówce i salach lekcyjnych. Podobny jest też styl – lekki i zachęcający do dalszej lektury.

Niezbyt oryginalne są za to rozwiązania techniczne. Jesteśmy w przyszłości (ciężko jednoznacznie stwierdzić jak bardzo odległej). Światem rządzą korporacje, które kontrolują zasoby wody i pożywienia na Ziemi (element dystopijny). Techniki wojenne osiągnęły tak wysoki poziom, że zdołano zamordować miliony ludzi w ciągu kilku godzin. Dlatego właśnie postanowiono, że odtąd, aby nie zniszczyć środowiska naturalnego, działania wojenne toczą się w kosmosie, a wojujące maszyny sterowane są przez z znajdujących się na Ziemi nastolatków. Dlaczego nastolatków? No właśnie, to jest najciekawsze. Nikt bowiem nie kieruje maszynami przy pomocy joysticków, ale.. własnym umysłem. Młodzi ludzie (tylko ich mózgi są na tyle elastyczne, że są w stanie się przystosować), mają wszczepione procesory neuronowe, dzięki którym nie tylko potrafią szybciej reagować i się uczyć, ale przede wszystkim potrafią łączyć się z maszynami i bez problemu nimi kierować. Trochę to podobne do „Matrixa” – dzieciaki mają w karkach otwory, a nauka polega na załadowaniu danych. Wszystko to mogłoby się wydawać szokujące, a nawet okrutne i sprawić niesłuszne wrażenie kolejnej dystopi. Nic z tych rzeczy. Komputer w mózgu bywa przedmiotem kilku refleksji, ale – tak jak wszystko w tej książce – to przede wszystkim świetna zabawa. Cała ta technika słabo jest raczej dopracowana, wiele kwestii pozostało niewyjaśnionych, ale lekka i zabawna konwencja wybacza te niedociągnięcia.

Akcja w powieści jest ciekawa i jak już się zacznie czytać, to strony mijają szybko. Wszystko dzieje się w szkole na Ziemi (w żadnym wypadku nie w kosmosie). Przyznać jednak trzeba, że czasami brakuje odrobiny emocji. Rzadkie opisy zmagań wojennych nie są zbyt emocjonujące, ponieważ wiemy, że to wszystko na niby, a bohater, który przecież leży sobie z podłączonym kablem jest całkowicie bezpieczny.

Wiem już dlaczego książka zbiera tak dobre oceny. Nie dlatego, że jest jakoś wybitnie wyjątkowa. Po prostu nie sposób jej nie lubić. To powieść niesamowicie miła i sympatyczna. Delikatnie przygodowa, a przy tym nie poruszająca zbyt wielu ciężkich tematów. Mogłabym ją polecić już młodym czytelnikom (według mnie 12+), ale również starsi będą się bawić znakomicie (pisząca te słowa – 24-letnia, stateczna matrona była zachwycona). Gdyby książka miała tytuł „Kosmiczna szkoła” (albo coś równie absurdalnego) i w opisie nie wprowadzałaby czytelnika w błąd, dałabym 6 (bo w swoim gatunku jest znakomita!), ale ponieważ oczekiwałam wojny i przez pierwszą połowę myślałam, że pomyliłam książki – daję 5, takie bardzo mocne. Polecam!  


EDYTOWANE 12.03.2013

Wczoraj, podczas kąpieli nagle uzmysłowiłam sobie, że napisałam tu kompletną bzdurę. Owszem, możemy ustalić czas akcji powieści z dosyć dużą dokładnością. Przypomniało mi się, że w którymś momencie jeden z bohaterów opowiada jak to w czasach jego młodości istnieli prawdziwi żołnierze, którzy na wojnie używali prawdziwej broni palnej. Znajdujemy się w więc w niedalekiej przyszłości, minęło kilkadziesiąt lat. To tak, jakby ktoś był ciekawy. :) 

piątek, 15 lutego 2013

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Andrews

Wydawnictwo Świat Książki
Czyta: Kamilla Baar

Chciałabym Wam dziś przedstawić książkę, która według mnie, jest absolutnie najgorszym gniotem, z jakim przyszło mi się zmierzyć w całym moim życiu. Nie wiem skąd tyle zachwytów nad czymś tak strasznym i po prostu głupim.

Opis wydawcy:
Wciągająca opowieść o rodzinnych tajemnicach i zakazanej miłości. Szczęśliwą z pozoru rodzinę Dollangangerów spotyka tragedia - w wypadku samochodowym ginie ojciec. Matka z czwórką dzieci zostaje bez środków do życia i wraca do swego rodzinnego domu. Niezwykle bogaci rodzice mieszkający w ogromnej posiadłości, wyrzekli się córki z powodu jej małżeństwa z bliskim krewnym, a narodzone z tego związku dzieci uważają za przeklęte. W tajemnicy przed dziadkiem rodzeństwo zostaje umieszczone na poddaszu, którego nigdy nie opuszcza. Dzieci żyją w ciągłym strachu, a odkrycie, jakiego dokonuje najstarszy brat, stawia rodzeństwo w obliczu nieuniknionej katastrofy.

 
Ponad 2 tysiące lat temu Arystoteles w swoim traktacie „Poetyka” zdefiniował pojęcie „tragedii” jako „naśladowcze przedstawienie akcji” (mimesis). Uznał on, że dobre dzieło naśladować musi rzeczywistość z zachowaniem trzech zasad: prawdopodobieństwa (zgodność fabuły z zasadami logiki potocznej), konieczności (jedno wydarzenie wynikać musi z drugiego, a relacja między nimi powinna mieć charakter przyczynowo-skutkowy oraz celowościowy – zmierzający do określonego celu) oraz ogólności (prezentowana akcja nie może być wypadkiem jednostkowym; stać się może losem każdego człowieka).
Przez wieki klasyczni (czyli nie awangardowi) twórcy z powodzeniem tworzyli arcydzieła, które czytając, przeżywało się jak swoje własne historie; które poruszały, wzruszały, bawiły, które wzbudzały „litość i trwogę”.
Po co ten wstęp? Aby punkt po punkcie pokazać jak idiotycznym tworem jest książka pani Andrews „Kwiaty na poddaszu”.

Cała historia jest wielce wydumana. Oto idealnie amerykańską rodzinę, która mogłaby uchodzić za wzór do bożonarodzeniowych pocztówek (zakochani w sobie przedstawiciele klasy średniej oraz czwórka ich dzieci – dwie dziewczynki i dwóch chłopców, a jakże!), którzy na każdym kroku nie szczędzą sobie uprzejmości, wyrazów miłości i przywiązania, dotyka tragedia. W wypadku samochodowym ginie głowa rodziny – ojciec i mąż. Strata ukochanej osoby to tylko jeden z problemów, który dotknął rodzinę. Okazuje się bowiem, że nieszczęsny mężczyzna był jedynym żywicielem rodziny, a bez niego niemożliwe będzie spłacenie ogromnych kredytów zaciągniętych swego czasu przez młode małżeństwo. Na to wszystko rodzicielka czworga dzieci postanawia opuścić domostwo, udając się do swoich rodziców, z którymi (wskutek tajemniczych okoliczności z przeszłości) nie utrzymywała żadnych kontaktów. Swoje pociechy zabiera ze sobą i tłumacząc się próbą ponownego wkupienia się w łaski ojca, który o jej macierzyństwie nie ma pojęcia – lokuje je na strychu. Obiecuje, że obecna sytuacja potrwa najwyżej kilka dni, jednak czytelnicy, dzięki zupełnie niepotrzebnej „uprzejmości” narratorki już w prologu dowiadują się, że odsiadka potrwa o wiele, wiele dłużej.  

W zasadzie książkę mogłabym określić dwoma słowami: „głupia” i „nieprawdopodobna”.  Głupie jest w niej wszystko – głupia jest fabuła, naiwni są bohaterowie, a i autorka albo sama jest głupia, albo swojego czytelnika uważa za kompletnego idiotę. Wszystkie natomiast opisane sytuacje są niesamowicie nieprawdopodobne. Tym bardziej, że powieść aspiruje do bycia realistyczną. Z całą pewnością jednak nie jest możliwe, aby kilkuletnie życie na strychu czworga dzieci, które nie tylko tupią, ale też śmieją się, grają na instrumentach, słuchają muzyki, oglądają telewizję, tańczą, a nawet krzyczą i hałasują narzędziami, zostało niezauważone przez żadnego z domowników ani nikogo z licznej służby. Niemożliwe jest, że przez cały ten czas nikt nie zauważył i nie wzbudził niczyich podejrzeń fakt, iż zarówno matka, jak i babka dzieci z regularną powtarzalnością (codziennie!) wchodziły na strych i spędzały tam liczne godziny zabierając ze sobą na dodatek znaczne ilości jedzenia i prezenty. Pod koniec powieści dostajemy wprawdzie wytłumaczenie, że owszem, wszystko to jest jak najbardziej możliwe, bo... i tu się dopiero zaczyna! Rzekome wytłumaczenie dlaczego nikt nie odkrył obecności więźniów jest chyba jeszcze głupsze i mniej realistyczne niż sama ta sytuacja, a o to naprawdę trudno.

Ponadto kolejne decyzje podejmowane przez bohaterów są skrajnie nielogiczne, zdecydowanie nieumotywowane względami celowościowymi i tym bardziej rażą swoją głupotą. Po pierwsze dzieci – zmęczone, znękane, nieszczęśliwe, niezadowolone, złe, nierzadko głodne i chore, pragnące wolności, które przy pomocy prześcieradeł, a potem także klucza (uwaga! uwaga!) potrafiły wyjść z pokoju – nie uciekły! Nie wybiegły z pokoju, nie zaczęły krzyczeć błagając o pomoc na którymś z wykwintnych przyjęć odbywających się w domu, nie dały nikomu znać o swojej obecności. Jedyne co robiły, to MÓWIŁY o tym jak bardzo CHCĄ uciec, jak bardzo chcą się uwolnić, jak im źle i niedobrze, jakie to wszystko niesprawiedliwe. Do tego pamiętajmy, że słowo „dzieci” nie jest tu do końca adekwatne, ponieważ dwójka najstarszych bohaterów była już niemal dorosła. To nie były kilkuletnie brzdące, które byłyby nieporadne i nieświadome swojej sytuacji. Po drugie – matka. Próbuję zrozumieć jej zachowanie, ale nie potrafię. Corrine to chyba jedyna bohaterka, która ewoluuje w trakcie powieści. Ewoluuje w sposób bardzo przewidywalny i – jak wszystko w „Kwiatach...” – niezbyt prawdopodobny, ale się zmienia i tego komentować nie będę. Co wydaje mi się najbardziej naciągane, to początki. Po śmierci męża kompletnie jej „odbiło” i od samego początku robiła rzeczy, za które powinna zostać zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Warto jednak zauważyć, że „Kwiaty na poddaszu” nie są analizą zachowań chorej psychicznie kobiety, o nie! Stosunek autorki do opisanych wydarzeń jest zupełnie klarowny – przedstawia je jako tragiczną, ale oczywistą i konieczną konsekwencję zaistniałej sytuacji. A przecież wcale nie musiało tak być! Przede wszystkim już na samym początku rozleniwiona mamuśka zamiast użalać się nad sobą mogła zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Pewnie nie znalazłaby pracy swojego życia, ale skoro była w sytuacji naprawdę złej, mogła robić cokolwiek. Ona jednak stwierdziła, że do żadnej pracy nie ma predyspozycji. Sprawa ta jest irytująca tym bardziej, że według mnie jeszcze wówczas nie przypuszczała, że skaże swoje dzieci na życie na strychu. Dopiero powrót do domu rodzinnego powodował stopniową degenerację jej charakteru. Na początku Corrine wierzyła, że to jedyne możliwe wyjście. Co nam to daje? Kolejny nieprawdopodobny i durny rozwój fabuły.

Reszta postaci także nie grzeszy psychologiczną głębią. Główna bohaterka – Cathy jest bardzo nieprzekonującą narratorką. Ma kilkanaście lat, jednak jej sposób mówienia jest stanowczo zbyt dojrzały. Tworzy to wrażenie dysonansu i pretensjonalności, a czasami nawet górnolotności. Problem patetyzmu pojawia się poza tym w książce dosyć często. Autorka aspirowała do stworzenia historii okrutnej oraz wzruszającej, być może chciała poruszać serca czytelników, którzy litowali by się nad losem skazanych na cierpienie dzieci. Aspiracje te spowodowały, że nierzadko pokazywała wybory bohaterów jako jedyne możliwe; obecne były poświęcenia, walka o dobro innych. Wszystko to niezbyt adekwatne do sytuacji. Bo historia jest w zasadzie średnio okrutna (pomijając pewne epizody, życie na strychu było całkiem przyjemne), wcale niewzruszająca, a „poświęcenia” i „wybory” budzą politowanie i częste unoszenie brwi u czytelnika, który myśli sobie „co za debile”.
Najgorszą postacią ze wszystkich jest wszakże babcia. Postać tak płaska jak to tylko możliwe. To typowy „czarny charakter”, którego złe wnętrze przejawia się także na zewnątrz (babcia jest brzydka i nigdy się nie uśmiecha – co za znamienity dowód na to, jak bardzo jest zła!). Przypomina złą postać z kreskówki, przerysowany „czarny charakter”; jest prawie jak Gargamel – jej jedynym celem w życiu jest uprzykrzenie życia dzieciom.

Powieść skonstruowana jest tak, że nowych rzeczy dowiadujemy się stopniowo. Za każdym razem następuje to w identycznych okolicznościach. Zapłakana matka przychodzi do dzieci i mówi „nie powiedziałam wam czegoś jeszcze”, albo: „jest jeszcze coś, o czym nie wiecie”, po czym wygłasza długą przemowę z użyciem wielu górnolotnych słów. Wydźwięk tego, co mówi jest zawsze podobny; ona jest biedna i pokrzywdzona przez los, a to co spotyka ją i „jej kochane dzieci” jest okrutne, niesprawiedliwe i – w jej mniemaniu – całkowicie usprawiedliwia jej zachowanie. Często wtrąca „tak bardzo was kocham”, po czym wszyscy są znowu zadowoleni i roześmiani. Wszystko to jest niezwykle irytujące z kilku powodów. Po pierwsze – dzieci są głupie. Wierzą we wszystko co słyszą, nie uczą się na błędach, postępują jak ślepe stado owiec – nie ważne co usłyszą – wpatrują się w matkę jak w święty obrazek. W rzeczywistości NIKT przy zdrowych zmysłach nie zachowywałby się tak, jak oni. Po drugie beznadziejny jest sam schemat wprowadzania „mrocznych tajemnic rodowych”. Nie dość, że same w sobie są kompletnie nieprawdopodobne, to jeszcze to, w jaki sposób się o nich mówi również nie pomaga. Kiedy mamy już jakiś ustalony stan faktyczny, nagle zjawia się matka niczym deus ex machina (dosłownie!) i mówi, że wszystko to nie tak, a zupełnie inaczej. Wszyscy natychmiast przyjmują to do wiadomości i jest idealnie. No i wreszcie – same „sekrety”. Rany! Nigdy w życiu nie czytałam takich bzdur! Zwłaszcza ta pierwsza, „największa”, zupełnie niczym z brazylijskiego serialu. Wszystkie wyjaśnienia traktowane są ze śmiertelną powagą. Pojawiają się na początku, więc nie stanowią przejawu chorej psychiki „złej matki”; ich zadaniem jest przekonanie, że motywy działania Corrine były słuszne. Więcej nawet! Czytelnik ma się wzruszyć (piękna historia miłosna), wybaczyć (przecież ona zasługuje na szczęście) i zrozumieć (kocha swoje dzieci). U mnie jednak cała ta sprawa wywołała wielką niechęć i uważam ją za karygodną i obrzydliwą. To, co zrobili państwo Dollanganger było złe, wywołuje moje oburzenie i sprzeciw. Nie rozumiem jak w ogóle można stanąć po jej stronie. Jej idiotyczne tłumaczenie („Jeżeli więc Bóg chciał nas ukarać, miał okazję (...) Jednak dał nam to, co najlepsze”) [no zajebista logika – dopisek mój], pozbawione jest jakiegokolwiek racjonalizmu. Jej igranie z biologią, nazywanie swojego zachowania „kuszeniem losu”, narażanie tym samym zdrowia i życia swoich przyszłych dzieci – dla mnie to przejaw kompletnego kretynizmu, a nie podążania za marzeniami. I na to wszystko równie głupia odpowiedź jej syna (także wzniosła i patetyczna): „Tak mamo, wierzę ci, bo gdyby Panu Bogu nie spodobało się twoje małżeństwo z tatą, pokarałby was chorymi dziećmi.” Myślenie to jest zresztą bardzo pokrętne, bo gdyby patrzeć na świat oczami bohaterów (gdyby coś było źle, to Bóg by nas ukarał), to za największą karę można by uznać przedwczesną śmierć męża i ojca (już nic gorszego ich spotkać nie mogło) – tego jednak nikt zdaje się nie dostrzegać.
Od tego momentu kompletnym dysonansem było dla mnie podkreślanie różnicy między coraz okropniejszą matką, a wspaniałym wspomnieniem o ojcu. Dla mnie oboje są tak samo źli.

I jeszcze kilka słów na temat audiobooka, przy pomocy którego zapoznałam się z książką. Kamilla Baar czyta dobrze, ale nie rewelacyjnie. Mnie nie podobało się jej zbyt duże zaangażowanie emocjonalne w powieść. Za często krzyczała, za często piszczała, za często zwiększała tempo czytania, jakby wątpiła w inteligencję słuchacza, który przecież doskonale sam zdaje sobie sprawę, kiedy powinny zacząć pocić mu się dłonie ze zdenerwowania. Zdecydowanie bardziej wolę stonowaną i pozbawioną narzuconych przez lektora emocji interpretację. Irytowało mnie także „pieszczenie” się lektorki i nieudolne imitowanie przez nią dziecięcego tonu głosu za każdym razem, kiedy wypowiadała kwestie bliźniaków. Ani to ładne, ani jak dzieci. W ogóle słuchanie o bliźniętach było straszne! Ich rodzice zabłysnęli fantazją i nazwali je Carrie oraz Cory (przypomnijmy, że główna bohaterka ma na imię Cathy, a jej matka Corrine...). Poza tym za każdym razem, gdy któreś z bliźniąt mówiło, to budowa zdania była następująca: MY nie lubimy, MY nie chcemy, MY nie możemy, i tak dalej...

Dla tych, co czytają zawsze tylko ostatni akapit: „Kwiaty na poddaszu” to książka wybitnie zła. Czytanie tego koszmaru odradzam stanowczo.

Książkę oceniam na 0/6, dołącza więc do "zaszczytnego" grona "kompletne dno". :)

środa, 13 lutego 2013

Top 10: Ulubione seriale!



Ulubione seriale! 

To moje pierwsze Top 10 na blogu, bo "za moich czasów" :P tych wspaniałych rankingów jeszcze nie było. Chyba. A że akurat seriale, to jeden z moich ulubionych tematów, więc czym prędzej zabieram się za tworzenie zestawienia. 

Kocham, absolutnie kocham seriale! Przede wszystkim dlatego, że jeśli jest naprawdę ciekawy, to wciąga po uszy. Co więcej - nie kończy się (jak na przykład film) po dwóch godzinach, tylko ciągnie się całymi latami. Sama nie wiem jaką strategię oglądania seriali lubię najbardziej. Bo są dwie. Pierwsza, to oglądanie serialu na bieżąco i co tydzień czekanie na każdy kolejny odcinek. Sposób miły, rozsądny (bo co za dużo, to niezdrowo), ale niestety często okazuje się, że jeden odcinek to za mało. Zwłaszcza, gdy ten skończy się w najmniej odpowiednim momencie i na kolejny trzeba czekać tydzień, miesiąc, a czasami całe wakacje. 
Drugi sposób, to oglądanie całych sezonów. Sposób ten dostarcza wiele satysfakcji, ale potrafi zniszczyć życie zawodowe, karierę naukową, kręgosłup, sylwetkę i oczy. Bo jak już się zacznie, to nie można przestać. I potem siedzi się (albo jak ja - leży) całe dnie i zapominając o rzeczywistości (o jedzeniu, o głodnych psach i kotach, o nauce, o porach dnia i nocy), pogrąża się człowiek w tym upodleniu, a potem żałuje... ale tylko trochę. ;) 

Ponieważ Top 10 to dla mnie zdecydowanie za mało, dzielę swoje ukochane seriale na dwie części i do każdej z nich wrzucam po dyszce. A co! 



SERIALE ZAKOŃCZONE


1. The Tudors (Dynastia Tudorów)

Mój ulubiony serial nie tylko wśród zakończonych, ale w ogóle. Wspaniały, stworzony z rozmachem, opowiadający niezwykłą historię. Wspaniałe jest w nim to, że z jednej strony wiemy jak potoczy się akcja; to przecież serial historyczny, na dodatek bardzo historii wierny! Z drugiej jednak strony wszystkie te wydarzenia emocjonują, bohaterowie jawią się jako żywi, a każda serialowa śmierć porusza tym bardziej, gdy uświadomimy sobie, że ta postać kiedyś faktycznie istniała i tak właśnie mogło wyglądać jej życie! Poza tym, wiedząc w jakim mniej więcej kierunku rozwijać się będzie historia, zwracamy większą uwagę na szczegóły. Nie przypuszczałam, że to właśnie polityka zaciekawi mnie bardziej niż kwestie społeczne.
Bardzo żałuję, że nie powstały kolejne sezony opowiadające o dalszych pokoleniach Tudorów. 




2. Lost (Zagubieni)


Emitowany na bieżąco Lost nie wzbudził mojego zainteresowania, nie obejrzałam ani jednego odcinka. Wszystkie 6 sezonów nadrobiłam w zeszłym roku. Miałam akurat wtedy trochę wolnego czasu i czas ten okazał się być wyjętym z życiorysu. Oglądałam bez przerwy, odcinek za odcinkiem, nie mogłam się oderwać. Nie spałam i nie widywałam słońca. Całkowicie dałam się wciągnąć w świat tajemniczej wyspy – czułam się jak jeden z rozbitków, dlatego, kiedy wreszcie serial się skończył, a ja musiałam powrócić do normalnego życia, dotkliwie przeżyłam ten powrót.
Genialny serial! Mnóstwo tajemnic, zagadek, ciągła atmosfera niepewności. Komu ufać, a komu nie? Na dodatek te zaskoczenia! Czasami mój punkt widzenia zmieniał się o 180 stopni. Nie było idealnie – nienawidziłam głównej pary bohaterów (typowi „bohaterowie” do zrzygania) i kilku postaci epizodycznych, ale nie miało to większego znaczenia. Świetny pomysł i świetna realizacja! 

 3. Queer as Folk

Queer as Folk to oryginalnie miniserial brytyjski, który wiele lat temu szybko obejrzałam i równie szybko zapomniałam. To jeden z nielicznych przypadków, gdzie oryginalna wersja serialu jest znacznie gorsza od swego wtórnego, amerykańskiego remake’u. Tak więc zaszczytne trzecie miejsce przypada właśnie amerykańskiej wersji! Queer as Folk to serial o tematyce LGBTQ. Pięciosezonowa opowieść o grupie homoseksualnych przyjaciół z Pittsburga. Trochę tu nietolerancji, homofobii, a nawet choroby i śmierci, ale Queer as Folk to przede wszystkim opowieść o radości życia, o miłości, przyjaźni i akceptacji. Sporo też akcentów komediowych i seksu. No i Gale Harold – moja wielka miłość (ten pan na środku, z rozpiętą koszulą). ;) Spośród wszystkich obejrzanych przeze mnie seriali, to właśnie do tego mam największy sentyment i do niego wracam najczęściej. 

 4. Weeds (Trawka)

Szczerze i z całego serca nienawidzę amerykańskich komedii. Wszystkie są tak samo głupie i nieśmieszne, poza tym wszystkie są z założenia mocno „kabaretowe” – ich dowcip w głównej mierze zasadza się na gagu słownym, najbardziej „śmieszą” wypowiedzi bohaterów. Współczesne „hity” typu „How I Met Your Mother” albo – co gorsza! – „Big Bang Theory” wywołują u mnie odruch wymiotny. Dlatego z ogromnym sceptycyzmem podchodziłam do Weeds, które – jakby nie patrzeć – jest komedią. Na szczęście Weeds okazało się inne. Przede wszystkim nie jest to typowa komedia – nie ma tu żadnych beznadziejnych nagranych śmiechów w tle, a równie dużo, co humoru jest tu sytuacji naprawdę poważnych. Poza tym zabawne sytuacje nie wynikają z marnych dowcipów, ale z sytuacji, nierzadko absurdalnych i – to bardzo ważne – łamiących wszelkie możliwe tabu! No i tematyka – młoda kobieta, po śmierci męża, szukając możliwości zarobku angażuje się w handel marihuaną. :)  
Czwarte miejsce w rankingu dotyczy przede wszystkim dwóch pierwszych sezonów, kolejne są już nieco gorsze (z kilkoma świetnymi momentami), jednak nadal oglądałam je z przyjemnością. 

 5. Skins (wersja U.K.)
Najbardziej demoralizujący serial w historii telewizji. Bardzo odważny i bardzo poruszający, a na dodatek tak bardzo odmienny od tych wszystkich amerykańskich seriali o szczęśliwych nastolatkach z „wielkimi problemami”. Z jednej strony bardzo smutny i przygnębiający, z drugiej pokazujący, że zawsze jest nadzieja, nawet jeśli nie w najbliższym otoczeniu, to przynajmniej w narkotykach.  




 6. Dawson's Creek (Jezioro Marzeń)
Serial mojej młodości, którego wszystkie odcinki powtórzyłam sobie kilka lat temu. Pierwszy serial, który obejrzałam w telewizji od deski do deski. Sentyment pozostał na zawsze, a niektóre sceny wyryły się w mojej głowie tak bardzo, że ze szczegółami pamiętam je do dziś. Poza tym to właśnie ten serial oglądany w późnym dzieciństwie, ukształtował mój obecny stosunek do homoseksualizmu, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna! 









 7. Ally McBeal
Sytuacja podobna do poprzedniej. Ally McBeal to serial, który oglądałam z rodzicami mając kilkanaście lat. Kilka lat temu powtórzyłam sobie całość. Ally McBeal to przede wszystkim galeria wspaniałych bohaterów - każdy jeden lepszy od poprzedniego. 
Poza tym myślę, że to właśnie dzięki Ally w przyszłym roku kończę studia prawnicze. ;)








 















8. Beverly Hills 90210 / Pupular
Dlaczego te dwa seriale razem? Bo jeden jest parodią drugiego, a przynajmniej w pewnym sensie. 
O Beverly Hills 90210 chyba nie trzeba nikomu mówić. Opowiada o grupie bogatych, raczej zepsutych nastolatków. O ich miłościach, problemach, rozterkach. W zasadzie nic szczególnego, a jednak ma to "coś". Oglądałam go będąc w podstawówce, bo oglądała starsza siostra. Niewiele z tego rozumiałam, ale było fajnie. Kilka lat temu można było znów obejrzeć w polskiej telewizji Beverly Hills, oglądałam i się nie zawiodłam. Było naprawdę przyjemnie. Szkoda, że współczesna wersja kultowego serialu - 90210 - nie sięga swemu oryginałowi do pięt. 
Popular poznałam już będąc nieco starszą. I też było miło. Też tu sporo nastolatków, tematyka w zasadzie identyczna. Dużo też społeczności szkolnej, wyraźnego podziału na popularnych i loserów. I w tym właśnie tkwi siła Popular, bo to wszystko jest ośmieszone, zbagatelizowane i pokazane w krzywym zwierciadle.
Kiedy dwa lata temu zaczęłam oglądać Glee, od samego początku wydawało mi się, że już to gdzieś widziałam. Gdzie? Oczywiście w Popular. A później się okazało, że twórcą obu tych seriali jest Ryan Murphy. Jeżeli podoba wam się poetyka i stylistyka Glee, koniecznie sięgnijcie po Popular - młodsze rodzeństwo słynnego musicalu, z trochę mniejszą ilością muzyki (chociaż piosenki też się zdarzają!), z niemal identycznymi postaciami (poznacie między innymi pierwowzór Sue Sylvester). :)

9. Gossip Girl (Plotkara)
Kolejny serial o nastolatkach, tym razem z Nowego Yorku. W zasadzie nic szczególnego, a jednak lubiłam. Po trzecim (może czwartym?) sezonie zaczęło się psuć, dwa ostatnie ledwo się oglądało, dlatego cieszę się, że nie ciągnęło się jeszcze dłużej. 
Główna zaleta Plotkary to oczywiście Chuck! 






10. House M.D. (Doktor House)
W zasadzie nie lubię seriali medycznych. Nie znoszę tych dziwnych ludzi, którzy całkowicie poświęcają się pracy, którzy ryzykują swoje życie, aby ratować innych, którzy niestrudzeni i nigdy niezmęczeni zastanawiają się jak by tu zdobyć jeszcze więcej pracy. Jako córka dwojga lekarzy doskonale wiem, że tak to wcale nie wygląda. Bo każdy lekarz też chce mieć święty spokój, żeby na dyżurze się wyspać, a nie uganiać po sali operacyjnej. House jest inny i nie przypomina pozostałych medycznych gniotów. Jak to zazwyczaj bywa, tylko pierwsze sezony zachwycały. Potem było coraz gorzej, zwłaszcza jak zmieniła się ekipa asystentów (zwłaszcza Trzynaście irytowała mnie niesamowicie!), ale i tak obejrzałam do końca.





A na koniec... Skończyło się moje Top 10, a ja KONIECZNIE muszę wspomnieć o dwóch serialach, które oglądałam w dzieciństwie i które do dziś wspominam niesamowicie pozytywnie. Chodzi o:
Doktor Quinn                   i       'Allo 'Allo! :)


SERIALE AKTUALNE

1. Supernatural
Pierwsze 5 sezonów obejrzałam w jednym ciągu. Teraz, już trzeci rok z rzędu oglądam na bieżąco (bo Supernatural doczekał się już ósmego sezonu!). To fascynująca opowieść, której bohaterami są dwaj bracia – Sam i Dean Winchesterowie. Jeżdżą po całym kraju i polują na najróżniejsze istoty nadnaturalne - duchy, demony, wampiry, zmiennokształtnych i wiele, wiele innych. Za czasem historia zatacza coraz szersze kręgi i robi się naprawdę ciekawie. 
Nie sposób nie polubić tego serialu. Bardzo emocjonujący i niezwykle wciągający! 







2. True Blood (Czysta Krew)

Uwielbiam świat wykreowany w tej serii. Podobało mi się już w książce (jakby ktoś był zainteresowany, to recenzja TUTAJ), serial natomiast łączy ten świetny pomysł z genialną fabułą, która jest jeszcze lepsza niż w powieści. Dużo seksu i dużo krwi, a poza tym mnóstwo ciekawej akcji. Z każdym sezonem jest coraz lepiej, nigdy nie wieje nudą i zawsze czeka nas wiele zaskoczeń oraz niespodzianek.





3. Glee
Co tu dużo mówić? Na początku było idealnie – mnóstwo dobrej muzyki, lekko, zabawnie i – co najważniejsze – oryginalnie. Po drugim sezonie coraz więcej dramatów, coraz mniej wesoło i lekko, a muzyka coraz bardziej z list przebojów. Pomimo tego Glee nadal jest jednym z moich ulubionych seriali, a każdy kolejny odcinek włączam z nieskrywaną przyjemnością. Dzięki Glee poznałam mnóstwo nowych zespołów i musicali... Niesamowita lekcja historii muzyki popularnej w pigułce! 



4. American Horror Story
Każdy sezon tego rewelacyjnego serialu to kompletnie samodzielna opowieść. Najpierw poznaliśmy historię nawiedzonego domu, potem staliśmy się świadkami dziwnych, a czasami niewytłumaczalnych rzeczy w szpitalu psychiatrycznym z lat ’60-tych. Twórcy tego serialu (a jest wśród nich znowu Ryan Murphy!) udowadniają, że mają nieograniczone pokłady wyobraźni. Serial trzyma w napięciu i zbudowany jest tak, że w każdym odcinku dowiadujemy się czegoś nowego na temat opowiedzianej historii. Mnie zachwycił zwłaszcza sezon drugi, polecam zacząć swoją przygodę z serialem właśnie od niego!







5. Downton Abbey
Anglia, początek XX wieku. Czego można chcieć więcej? Niczego. Bo już samo to wystarczy do stworzenia niesamowitego klimatu. Wszystkie te konwenanse, zmiany obyczajowe, panorama społeczna i po prostu życie wielkiej posiadłości (jaśniepaństwo, służba i wewnętrzne jej podziały) zachwycają swoją dokładnością i realizmem. Do tego spora dawka brytyjskiego humoru i świetni aktorzy (na przykład genialna Maggie Smith). Cudo!
Swoją fabułą serial niesamowicie przypomina powieść Kate Morton „Dom w Riverton”. Na początku myślałam nawet, że to ekranizacja. Wszystkim fanom autorki serdecznie polecam!

 6. Misfits

Misfits to dla mnie paranormalna i nieco weselsza wersja Skinsów. Brytyjskie nastolatki z marginesów społecznych (skazani na roboty społeczne), w wyniku tajemniczej burzy otrzymują nadprzyrodzone moce. Wszystko to zabójczo śmieszne, raczej wulgarne i bardzo pomysłowe. A bohaterowie ze swymi mocami wcale nie martwią się o ratowanie świata, po prostu dobrze się bawią! Zwłaszcza, że niektóre moce zaskakują swoją nieprzydatnością. :) 





7. Vampire Diaries (Pamiętniki Wampirów)

Serial, który ostatnio bardziej mnie drażni, niż zachwyca. Opowieść o Elenie (najsłabszy punkt całego serialu!) i dwóch rywalizujących o jej względy braciach. Zaletą serialu jest to, że każdy odcinek jest wypełniony akcją po brzegi i zawsze dzieje się naprawdę dużo. Wadą natomiast to, że jest zbyt młodzieżowy, a przez to bardzo grzeczny. Jak zaczyna się robić ciekawiej, to nagle ktoś ma wyrzuty sumienia i zaczyna marudzić, że przecież tak nie wolno... Na początku mnie to nie irytowało, ale później zaczęłam oglądać „Czystą krew”. :) 


8. Pretty Little Liars
Sytuacje podobna do poprzedniej. Pierwszy sezon oglądałam w wypiekami na twarzy. Tyle zagadek, tyle tajemnic! A później... jeszcze więcej zagadek i jeszcze więcej tajemnic. Teraz, pod koniec trzeciego sezonu mam wrażenie, że twórcy już sami nie wiedzą o co w tym wszystkim chodzi. Mimo narzekań to właśnie na Pretty Little Liars każdego tygodnia czekam najbardziej. :D Bo zawsze mam nadzieję, że może tym razem dowiemy się czegoś więcej.





9. Doctor Who
Świetny serial o tematyce fantasy, poruszający na dodatek moja ulubioną tematykę – podróże w czasie. Ogromne nagromadzenie różnorodnych tematów i motywów. Uwielbiam to, że wraz z Doktorem podróżujemy do przeszłości (poznając często wspaniałe postaci historyczne), do przyszłości (zaspokajając naszą ciekawość na temat tego jak będzie wyglądał świat za pięć, dziesięć, sto, czy milion lat). No i te wszystkie zakątki wszechświata! Kto nie zna, niech natychmiast nadrabia!
Na zdjęciu moja ulubiona para aktorów. :) 

10. A dziesiątki nie będzie. Bo siedzę i myślę i nie wiem, co tu wstawić. Za dużo mam pomysłów, za dużo propozycji. A wszystkie mają zbyt wiele wad, więc do zestawienia się nie nadają. :)

Największym mankamentem mojego rankingu jest to, że za kilka tygodniu będzie on pewnie nieaktualny. Co chwilę zaczynam jakieś nowe seriale, na moim dysku zapisanych jest tyle wspaniałych tytułów! Jestem pewna, że niektóre z nich wskoczą na wysokie pozycje w rankingu.

A powiedzcie mi proszę, bo jestem kompletnie nie w temacie, jak to jest z tym Top 10? Co jakiś czas jest nowy temat, tak? A popełnię duże faux pas, jeśli trochę nadrobię zaległości i od czasu do czasu wstawię Top 10, które pojawiło się na blogach dawno, dawno temu? :P 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...