środa, 21 stycznia 2015

"Położna. 3550 cudów narodzin" Jeannette Kalyta

Wydawnictwo Otwarte (książka)
Stron: 328

Biblioteka Akustyczna (audiobook)
Czyta: Jeannette Kalyta
Czas trwania: 8h 16m

Opis wydawcy:
„Położna. 3550 cudów narodzin” to autobiograficzna opowieść Jeannette Kalyty, najbardziej znanej polskiej położnej. Wzruszająca, momentami zabawna, głęboko prawdziwa historia jej życia i pracy. Niezwykły dokument cudu narodzin dziecka i mocny głos w społecznej dyskusji na temat podmiotowości kobiety w czasie porodu. Historie par i matek rodzących pod opieką Jeannette Kalyty wywołują żywe emocje i skłaniają do refleksji. To książka i dla rodziców, i tych, którzy chcą nimi zostać.



„Polecam, Jeannette Kalyta” – słyszę w głowie, jakby to było wczoraj. Nie pamiętam czego to była reklama, nie wiedziałam kim jest polecająca ją osoba, w zasadzie gdyby nie książka, to nadal bym nie wiedziała. Ale powtarzane z uporem maniaka nazwisko wbiło mi się w pamięć. A kilka lat później Kalyta napisała książkę, która ukazała się, kiedy byłam w ciąży. Ciąża to taki stan, kiedy na temat porodów czyta się cały Internet i w ogóle wszystko; każdą ulotkę i broszurkę, no – wszystko. Nie dlatego, że się czegoś nie wie, bo wie się dużo, a już na pewno wszystko to, co napisali w ulotce, bo w nich zawsze jest to samo. Ale się czyta i tak. Wyszła więc ta „Położna” i może nawet bym się skusiła, ale wraz z „Położną” ruszyła medialna machina, która na długo zniechęciła mnie do lektury. Kalyta, która – mam wrażenie – sama bardzo dba o to, żeby tak właśnie ją mianowano, nazywana jest „położną gwiazd”. I taka to też był promocja. Pamiętam, że Kayah coś tam polecała, no i oczywiście ta obrzydliwa Mucha, której, jako przedstawicielka matek z klasy średniej, szczerze nienawidzę. Dopiero pół roku później dostęp do audiobooka bezpłatny i niczym nieskrępowany przypomniał mi, że chciałam to kiedyś posłuchać. Posłuchałam.

„Położna” to w zasadzie autobiografia autorki, skupiająca się na jej pracy zawodowej, czyli na położnictwie. Opisuje więc po kolei swoje studia, pierwsze zawodowe sukcesy, zmiany jakie w międzyczasie zaszły. To jedno mi się podobało. Kalyta z dużą dokładnością i ogromnym zaangażowaniem opisuje zwyczaje sprzed akcji „Rodzić po ludzku”. Straszne to były czasy i pozostaje mi się tylko cieszyć, że ja mogłam urodzić w godziwych warunkach. Bardzo ciekawe to historyczne spojrzenie, czasami mocno przytłaczające, czasami wstrząsające, czasami wzruszające, nawet dla mnie. Szkoda tylko, że tak go mało. Potężna część całej książki to nudne, szczegółowe opisy sytuacji i odczuć autorki związanych z jej zamiłowaniem do medytacji, wiary z dobre i złe energie, różdżki, jasnowidzenie i inne hokus-pokus. Są wiec szczegółowe opisy prywatnych sesji medytacyjnych, a także jej międzybrzusznych kontaktów z płodem (pyta się na przykład nienarodzonego dziecka, czego się ono boi). Im dalej, tym więcej tego pierdzielenia o dupie Maryny, a wszystko to okropnie nieinteresujące. W pewnym momencie doszło do tego, że tych wszystkich głupot było znacznie więcej niż samych porodów i doświadczeń położniczych. Zdarzały się i inne niepotrzebne wtrącenia. Lwia część „przypadkowych” wzmianek to perfidna reklama „Szkoły narodzin”, którą prowadzi autorka. Wiadomo, każdy chce się wypromować, ale że książka jest za długa, to i te wtręty przeszkadzają okropnie. Jeannette Kalyta wyłania nam się podczas lektury jako osoba religijna, rzekłabym nawet, że nieco nawiedzona. Zabobonna kobitka, która nie wierzy w przypadki, wierzy natomiast w przeznaczenie oraz prorocze sny. I anioły! Niemal w każdym rozdziale wspomina o tym, jak to anielscy posłannicy wskazują jej drogę i strzegą ode złego. Opowiada o tym jak się modli o anielskie wstawiennictwo i poleca palić świece w intencji dobrego porodu. Zapalenie świecy w ogóle jest dla niej panaceum na wszystko. Cóż, nawet gdybym bardzo chciała, nie mogę traktować takiej osoby poważnie. To już nawet popukanie się w czoło nie będzie wystarczające. Zupełnie nie moje klimaty.

Oprócz własnych doświadczeń opisuje też autorka porody, w których uczestniczyła jako położna oraz rodziny swoich pacjentek; krótkie, zamknięte kompozycyjnie historyjki. Kalyta bywa zabawna, chociaż raczej nie wtedy, gdy śmieszność planuje. Bardzo stara się, żeby jej książka była czymś więcej, niż jest w rzeczywistości. Stara się na przykład nadać jej rysu niemal sensacyjnego i wprowadzić elementy, które miałyby trzymać czytelnika w napięciu. Kilka razy pojawia się motyw wyścigu z czasem; zdąży ta rodząca dojechać do szpitala czy nie? Albo: czy krocze zostanie nacięte? Tudzież: czy uda się wydalić całe łożysko. Oto są problemy! Niestety, emocje najczęściej jak na grzybach. A przy okazji śmiechu co niemiara, bo nadawanie rodzącemu się łożysku statusu zapalnika dla całej historii i sztuczne fabularyzowanie porodu jest nieziemsko śmieszne. Swoje trzymające w napięciu historie kończy zazwyczaj słowami: „Potem, kiedy było już po wszystkim, a ja zszywałam krocze...”. Wtedy wiemy, że możemy już odetchnąć z ulgą. Czasem Kalyta chce nawet wzruszać (straszne to wszystko wyciskacze łez) i wywoływać w czytelnikach wzniosłe uczucia piękna. Opisuje na przykład poród w asyście choinkowych lampek i męża nucącego położnicy do ucha kolędy. To już nawet nie jest śmieszne, to ociera się o dobry smak. No bo zawsze gdzieś się wciśnie terminologia medyczna, zawsze w końcu natkniemy się na to nieszczęsne „krocze”. Inna sprawa, że mając w pamięci własny poród, doskonale pamiętając ile tam się wokół leje płynów i innych atrakcji, nie potrafię sobie tego wyobrazić jako wydarzenia pięknego. Duchowo, psychicznie – tak, ale wizualnie – w żadnym wypadku. Rodziny, które opisuje Kalyta są niemal tak nawiedzone jak ona sama; czytanie Biblii przy porodzie, anioły, no i te świece, wszędzie świece.

Dla kogo „Położna”? Chyba nie dla każdego. Przede wszystkim dla kobiet, które już rodziły (i mężczyzn towarzyszących też!), z pewnością lepiej zrozumieją opisywaną przez autorkę szpitalną rzeczywistość. Sama Kalyta przyznaje, że w szkole mówiono jej, iż nie umie pisać i coś w tym chyba jest. Czytanie „Położnej” było doświadczeniem bardzo marnym jakościowo i najczęściej niezwykle nużącym. Porodowe modły, nawiedzone baby, położna jako szaman – to nie dla mnie. Nie chciałabym rodzić z Jeannette Kalytą.  

O audiobooku
Książkę czyta autorka. To dla mnie zawsze duża wartość, zwłaszcza w przypadku publikacji tego typu; książka zyskuje sporo autentyczności. Poza tym jestem zdania, że nikt tak dobrze jak autor nie odda sensu utworu, nawet w przypadku książki jak ta, o której zrozumienie sensu naprawdę nietrudno. Radzi sobie zresztą z tym czytaniem naprawdę dobrze. Fakt, trochę sepleni, ma też nieprzyjemną manierę nieczytania niektórych głosek (na przykład „nadszed czas” albo notorycznie powtarzane „pierszy raz”), ale to nie przeszkadza. W zasadzie radzi sobie znacznie lepiej niż niejeden profesjonalny lektor, a już na pewno lepiej niż Gosztyła albo Zadura – moich dwóch worst of the worst. Nie wiem, może to praca przy reklamie nauczyła ją takiej pracy z mikrofonem. :)

2- (tak, gorsze od Greya)
Nie polecam, Zuzanna Szulist

13 komentarzy :

  1. Hmmm odechciało mi się czytać. Masz rację swego czasu w radio cały czas leciało jej nazwisko w związku z jakimś płynem do higieny intymnej.

    OdpowiedzUsuń
  2. To ja już wolę pozostać przy moich porodowych wspomnieniach:) A można by komedię napisać (albo dramat zależy jak na to spojrzeć). Natomiast książkę pani Kalyty póki co odpuszczę.
    Ale, że gorsza od Grey'a? Serio? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grey był głupi jak but, ale przynajmniej czytało się go jak złoto i można było się wyśmiać za wszystkie czasy, a tu pomór, nudy i świece. ;)

      Usuń
  3. A jak zobaczyłam tytuł, to byłam przekonana, że to coś dla mnie :) po recenzji stwierdzam, że jednak niestety nie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja również czytam książki o położnictwie, ale nie dlatego że jestem w ciązy, ale dlatego, że to mój przyszły zawód, który kocham całym sercem. Nie słyszałam o Jeanette wcześniej, a tej reklamy nie mogę sobie przypomnieć. Muchy również nienawidzę- nie jesteś sama! Jak ona jest przedstawicielką matek klasy średniej to ja jestem... Ksiązka podobała mi się od strony przyjmowania porodów i wspomnień autorki, związanych z zawodem położnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że to dobra lektura dla przyszłej położnej. Podejście autorki jest świetne, zrobiła dla położnictwa w Polsce dużo dobrego i na pewno takie podejście powinno się szerzyć wśród nowego pokolenia. :) Z drugiej strony wkurzało mnie, że opisywała to wszystko jakby tylko ona jedna i sama dokonała wszystkiego, co obecnie dobre.

      Usuń
  5. Kojarzę ją. Czytałam wywiad z nią (lub artykuł) w zeszłym roku w "Twoim Stylu". Zaintrygowała mnie. Ale skoro pisać nie potrafi, czytać (ani słuchać, coby się złych manier nie nabawić) nie będę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogólnie sympatyczna z niej osoba, ale mnie te wszystkie wstawki religijno-oniryczne skutecznie zniechęciły.

      Usuń
  6. Muszę przyznać ze okładka jest niesamowita. Bardzo mi się podoba i pewnie bym się skusiła na tą książkę gdyby nie Twoja recenzja. Teraz już wiem że muszę omijać ją szerokim łukiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam bardzo koszmarne, wręcz traumatyczne wspomnienia związane z porodami, dlatego nie jestem w stanie czytać książek o takiej tematyce.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawy pomysł na książkę... ale mnie by raczej znudziła.

    OdpowiedzUsuń
  9. Serio? Jest coś gorszego od Grey'a :D?

    OdpowiedzUsuń
  10. Uważam, że książka jest piękna i wzrusza, a Jeannette jest mądrą i kompetentną kobietą, którą warto czytać. Potrafi opowiadać, nie tylko o porodach. Rozumiem, że do osób, które na co dzień nie zajmują się duchowością, nie postrzegają świata przez pryzmat przemian i wymian różnego rodzaju energii, ta książka może nie przemawiać. Jest to książka napisana (z) sercem. Jeannette ma lekkie pióro i bardzo starannie dobiera słowa. Gorąco zachęcam do zajrzenia do niej. Nawet w Empiku, żeby przeczytać choć jedną krótką opowieść.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...