poniedziałek, 4 maja 2015

Słowo-obraz. Przegląd książek z jednym obrazkiem na stronie



W życiu każdego niemowlęcia przychodzi taki etap, że chce ono znać nazwę każdego przedmiotu, który znajdzie się w zasięgu jego wzroku i wszystkowskazującego paluszka. U nas zaczęło się, kiedy Róża miała dziewięć miesięcy i z każdym dniem staje się coraz bardziej intensywne. Na początku ciekawił ją przede wszystkim świat rzeczywisty, ale kiedy domowe sprzęty zostały już wielokrotnie nazwane, zainteresowała się tym, co jest narysowane w książkach. Chociaż lubi oglądać obrazki, na których panuje chaos i wyłuskiwać z nich co bardziej interesujące obiekty, to zauważyłam, że prosta i przejrzysta organizacja przestrzeni na stronie jest na razie tym, co najbardziej przykuwa jej uwagę. Możliwość skupienia się na konkretnym obiekcie znacznie ułatwia jej jego zapamiętanie.

Chociaż ciągle bardzo lubimy karty „Moje pierwsze słowa”od CzuCzu, to z książek też codziennie korzystamy. Posiadamy sporo publikacji z jednym obiektem na stronie. Pochodzą one z różnych wydawnictw i różnią się między sobą. Postanowiłam je ze sobą porównać i być może ułatwić komuś wybór tych, które najbardziej mu odpowiadają. Warto mieć ich kilka w swoim otoczeniu; dzieci je uwielbiają (także te nieco starsze), a na dodatek są bardzo tanie – cena jednej sztuki to zazwyczaj 5-10 złotych.

Seria Bright Baby, wyd. Priddy Books

To jedyne anglojęzyczne książki w tym zestawieniu. Postanowiłam jednak pokazać je na początku, ponieważ są moim ideałem, któremu żadna inna seria dotychczas nie dorównała.

Mój box składa się z czterech tytułów: First words, Animals, Colors i Trucks. Każda z książek pełna jest prawdziwych zdjęć, dzięki czemu nie ma problemu z rozpoznaniem obiektów, a pomysły ilustratora nie drażnią. Napisy są duże, czytelne, napisane małymi, a nie WIELKIMI literami. To świetny sposób, żeby maluchy poznały swoje pierwsze angielskie słówka. To książki bez wad!

Do kupienia na przykład TUTAJ.









Seria Rosnę i poznaję, wyd. Zielona Sowa

Książki w tej serii są nieco podobne to moich angielskich ideałów. Są tu ładne zdjęcia, które przypominają te pokazane wyżej. Co mi się nie podoba? Przede wszystkim to, że książki są bardzo małego formatu i nie da się ich porządnie otworzyć, co bardzo irytuje moją drażliwą córkę. Napisy są mniejsze i nie wiedzieć czemu kolorowe, nie nadają się więc do pokazywania dziecku. Poza tym niektóre obiekty pojawiają się pojedynczo, a inne w większych grupach, co czasami znajduje odzwierciedlenie w podpisie, a czasami nie. W ogóle niektóre nazwy są dziwne. No bo dlaczego ubikacja nazwana jest „sedesem”? Pod obrazkami znajdują się też zdania opisujące dany przedmiot, zazwyczaj są całkiem do bani i prezentują szerokie spektrum truizmów. Na przykład przy psie – „Na spacer można zabrać psa”, a przy kanapce – „Kanapki można zabrać do szkoły”.

Mimo wad to chyba najlepsze książki wydane w Polsce, z jakimi się zetknęłam. Jeżeli oczywiście zmodyfikuje się trochę ich zawartość. 






Seria Poznaj Świat, wyd. Liwona

Widziałam kiedyś w jakimś hipermarkecie książki o owocach albo warzywach z tej serii i naprawdę mi się spodobały. Ponieważ jednak te już miałam, w ciemno kupiłam inne tytuły naiwnie wierząc, że też będą dobre. Jest natomiast różnie i trudno powiedzieć coś o całej serii ogólnie – są części dobre, ale są i złe. Co do zasady jest nieźle. Białe tło i zdjęcia, czasami bardzo realistyczne rysunki. Podpisy wyraźne, niestety zapisane WIELKIMI literami, niepotrzebnie też „ozdobione”. 

„Transport” jest bardzo dobry i polecam go każdemu. „Części ciała”, choć przypominają nieco magazyn soft porno, na dodatek z elementami dziecięcymi, też są niezłe i na tyle oryginalne, że w żadnej innej publikacji nie znalazłam tak dużego spektrum zdjęć z częściami ciała. Niestety trzecia z posiadanych przez nas książek – „W domu”, to najgorsze dziadostwo, jakie w życiu widziałam. Już sam dobór przedmiotów jest dziwaczny – czy naprawdę sprzętami znajdującymi się w każdym mieszkaniu są klimatyzator, wentylator (jak w mięsnym) i butla gazowa? Na dodatek te zdjęcia! Jako ilustracje wybrano chyba najmniej typowych przedstawicieli danego rodzaju. Beznadzieja!




Jaka talia???


Niestety nie "krzesło" i "stół", ale najbrzydszy na świecie "komplet wypoczynkowy".


Typowa półka na płyty, znajdziemy ją w każdym domu. Sztućce też trzymamy w walizeczkach.


Seria Obrazki dla maluchów, wyd. Olesiejuk

Bardzo znana seria, bardzo lubiana przez wielu rodziców. Ja jej nie lubię i Róża też olewa ją całkowicie, a ona naprawdę rzadko olewa jakieś książki. W zasadzie nie kupiłabym ich wcale, ale dałam się skusić kilku tytułom, których tematyki nie znalazłam nigdzie wcześniej.

Co mi się w nich nie podoba? Przede wszystkim te ludziki z modeliny. Dobra, są urocze i tak dalej, ale moja roczna córka nie widzi w nich tego, co powinny przedstawiać.  Są dla niej zbyt abstrakcyjne i zbyt nierealistyczne. Poza tym w widzianej przeze mnie w księgarni części o zwierzętach natknęłam się na zdrobnienia, co zawsze, ale to zawsze jest dla mnie dyskwalifikacją. 

Podobają mi się natomiast w książkach mądre zdania, którymi opisano obrazki. Podoba mi się też ostatnia strona, na której są pytania do tego, co przeczytaliśmy wcześniej. To dobre ćwiczenie na analizowanie danych i słuchanie ze zrozumieniem. To zadanie dla starszych dzieci. Może więc jeszcze nadejdzie ich czas? 






Książki-harmonijki

Swego czasu kupiłam je w Taniej Książce w moim mieście za zawrotną kwotę 50 groszy za sztukę, co pozwala mi sądzić, że był to jeden z najlepszych interesów mojego życia, zwłaszcza że są to już chyba rzeczy niedostępne w zwykłych księgarniach. Są świetne! Harmonijki, które mamy pochodzą z trzech wydawnictw: Sara, Aksjomat i Zielona Sowa i te ostatnie są najciekawsze. Urzekło mnie w nich to, że prezentują zupełnie nietypowe słownictwo, a nie opierają się na tych samych, wszędzie powtarzanych wyrazach. Sama forma harmonijki jest oryginalna i może służyć za zabawkę.








***  
To, co zaprezentowałam to jedynie ułamek tego, co jest dostępne na rynku. Prostych publikacji tego typu jest mnóstwo i być może nie trafiłam na największe perełki. Jeśli możecie polecić coś naprawdę dobrego – koniecznie dajcie znać!  

Przeczytaj też:
Czytanie dziecku, z dzieckiem i pomimo dziecka 
Baby'svery first touchy-feely lift-the-flap play book
Karty Czu Czu. Moje pierwsze słowa
Księga dźwięków - Soledad Bravi
That's not my... (seria)
 

10 komentarzy :

  1. Post dla nas na czasie! Teraz wszystko "tio?" bądź "cio to" i paluszek wskazujacy przedmiot :) Mamy kilka książeczek, ale ulubiona Antka jest książeczka do kąpieli ze zwierzątkami leśnymi. Ma 5 stron ale oglądanie jej może nam zajmować godziny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałe są takie książeczki dla maluchów! :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Sztućce w walizce są najlepsze :)
    Nasze książeczki harmonijki wyglądają jakby je napadło stado szczurów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba każdy posiadał w dzieciństwie takie książeczki :) To świetnie, że nie są wypierane żadnymi elektronicznymi gadżetami. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś kupowałam podobne książeczki mojemu siostrzeńcowi, przede wszystkim brałam pod uwagę estetyczne wykonanie rysunków - te z Olesiejuka strasznie mi się nie podobają, mam wrażenie, że dziecko się prędzej tych obrazków wystraszy, niż nimi zainteresuje. Ja kupowałam książeczki, w których rysunki przypominały bajki - mały je lubi i to jest dla mnie dużo ważniejsze on wydawcy czy funkcji edukacyjnej - w sumie dziecko i tak jest za małe, by przeczytać te słowa :) Ważne, by mu się podobał rysunek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tu się nie zgodzę! Poczytaj sobie o metodzie Domana i o czytaniu globalnym, niedługo sama o tym napiszę. Jeśli dziecko zobaczy wcześniej słowo na planszy to rozpozna je potem w książce, jeśli będzie zapisane odpowiednią czcionką. Funkcja edukacyjna zawsze najważniejsza! :)

      Usuń
  6. Podobają mi się powyższe książeczki, być może zaopatrzę w nie mojego dwuletniego siostrzeńca :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziewięćsił bardzo ważny, nie do pominięcia! Lubię harmonijki za ich wielofunkcyjność, ale lepiej pełnią inne funkcje niż książeczkowe. Większość naszych harmonijek się podzieliła na mniejsze harmonijki. Nie znoszę tej serii Olesiejuka, mamy właśnie 'świat w ruchu', widziałam na oczy inne coś i ta grafika mnie drażni najbardziej ze wszystkich posiadanych przy dwójce książeczek. Podobnie drażni mnie tylko seria "Mały chłopiec", też z Olesiejuka. Ponadto bardzo zazdroszczę Taniej Książki w mieście. A mój Mąż, który bardzo się na wszystkim zna, mówi, że obrazki powinny być realistyczne i że np. Księga Dźwięków to jest dla Starszaka a nie dla niemowlaka. I na koniec bardzo żałuję, że nie mogę nic polecić, ale nie mamy w sumie nic takiego że jeden obrazek na stronę. Tyle dzieci, tyle książek i nic...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja "Księgi dźwięków" nie używam do nauki słówek. Czasami Róża nawet nie patrzy tam na obrazki, tylko czeka na dźwięki. Dziewięćsił specjalnie wyeksponowała na pierwszym planie, cieszę się, że zauważyłaś! :) Taniej książki natomiast nie ma co zazdrościć, bo przeważnie nie ma tam nic ciekawego, a jak jest to wcale nie taniej niż na Arosie. Tyle dobrego, że czasem trafią się właśnie takie końcówki nakładów za grosze, których nigdzie już nie ma.

      Usuń
    2. Tak też tłumaczę temu zarozumialcowi. Ursus się śmieje na dźwięki, a obrazki go na razie gilają:)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...