wtorek, 2 czerwca 2015

Czym się różni owca od kostery?



Róża nigdy nie widziała owcy. W ogóle jak na wiejskie dziecko jej doświadczenia z gospodarskimi zwierzętami są niewielkie i ograniczają się na razie do rozmazanych krów widzianych zza szyby pędzącego wybojami samochodu i kurczaka pływającego w rosole. Pojęcia takie jak świnia albo baran są dla niej całkowitą abstrakcją. Mimo to bohaterami większości z jej książek są ciągle te same zwierzęta, urozmaicone czasami elementem afrykańskim. Wie jakie wydają odgłosy, wie, że niektóre dają mleko, a inne jajka; zna je na wylot. Czy uda jej się kiedykolwiek zobaczyć kosterę? Z dużym prawdopodobieństwem nie, tak samo jak kanczyla, łuskowca albo lotokota filipińskiego, jednak czy to oznacza, że nie może też wiedzieć co te nazwy oznaczają? Kiedy dziecko staje się „wystarczająco duże” na to, żeby zdobyć wiedzę większą niż w przewidzianych dla niego publikacjach pełnych „kaczuszek” i „świnek”? I czemu ci dziwni, nadambitni rodzice zabierają jego beztroski czas zabawy i męczą tymi głupotami, które do szczęścia mu przecież niepotrzebne? 




Na książki Joëlle Jolivet trafiłam niedawno i zupełnie przypadkiem (wydane zostały w 2013 roku – ludzie z działu promocji się nie popisali!) i to była miłość od pierwszego wejrzenia. To, co rzuca się w oczy to ich rozmiar. Kojarzycie „Mapy” od Mizielińskich? Te są nawet większe! Oprawa twarda, porządne szycie i grube, błyszczące, pięknie pachnące kartki tym szyciem spięte. Cena (40 zł – okładkowa, niepełne 30 zł – dla tych co lubią promocje), na to, co dostajemy, też wydaje się być rozsądna. Wewnątrz setki niedużych ilustracji z podpisami. Każda podwójna strona to zbiór przedmiotów, ludzi, pojazdów, zwierząt z danej kategorii. „Prawie wszystko” to... naprawdę prawie wszystko. Są tu owoce i warzywa, rośliny, instrumenty muzyczne, ciało człowieka, pojazdy, domy i stroje z różnych stron świata i epok, a nawet jeszcze więcej. „Zoologia” to kompendium wiedzy o zwierzętach, najróżniejszych i najbardziej niespodziewanych. Podzielone niestandardowo, ale tym bardziej ciekawe. Wszystko ładne i z gustem, a narysować pełną uroku packę na muchy, to już trzeba umieć! 






Lubimy siedzieć nad albumami Jolivet, wskazywać kolejne obiekty i je nazywać, bo nazw właśnie spragnione jest trzynastomiesięczne dziecko. Królują u nas przede wszystkim zwierzęta i strony z pojazdami (o miłości do motoryzacji małych dziewczynek napiszę wkrótce!). To naprawdę przyjemne, zobaczyć coś nowego, dowiedzieć się, że nie tylko dziwne, pokryte wełną stwory żyją na tym świecie. Starszym dzieciom same nazwy mogą nie wystarczyć, jednak i tu książka przychodzi z pomocą. Ostatnie kilka stron do alfabetyczny indeks wszystkich pojawiających się w książce obiektów wraz z krótkim komentarzem z podstawowymi informacjami na temat tego, co narysowane, często w postaci zaskakującej ciekawostki na temat życia zwierząt, zastosowania narzędzi, pochodzenia nazwy danego przedmiotu. Sam jednak wybór obiektów, nierzadko o charakterze historycznym lub pochodzącym z zupełnie odmiennej kultury może stać się okazją to zgłębienia tematu, do dalszych poszukiwań. Zwłaszcza, że zadbano tu o rzetelność, pojawiają się pełne nazwy gatunkowe, a brak zdrobnień cieszy szczególnie przy narządach płciowych człowieka. 




Owca i kostera różnią się całą masą rzeczy, na ubarwieniu zaczynając, a na gatunku kończąc. Obie są jednak interesującym obiektem dla małego dziecka i pod tym względem nie różnią się niczym. Różę interesuje wszystko; każdy kamyczek i źdźbło trawy, każdy mijany samochód i człowiek, wszystkiego uczy się błyskawicznie. Nie chcę jej zainteresowania ograniczać tylko do tego co swojskie i znane, także w książkach. Każde nowo poznane słowo to rozszerzanie horyzontów, zdobywanie wiedzy o świecie, lepsze rozumienie rzeczywistości oraz czytanej literatury. Z przyjemnością więc opowiadam o dydelfach i wymyślam jakie wydają odgłosy. To właśnie sympatycznego gryzonia staramy się potem narysować. Staje się on częścią naszej codzienności, może nawet nieco bliższą niż świnie i krowy, które tylko gdzieś tam w oddali pomukują. 





























Zoologia, Prawie wszystko
Tekst i ilustracje: Joëlle Jolivet
Wydawnictwo Egmont
Oprawa: twarda
Stron: 36 (każda)
Wiek: 3+ według wydawnictwa, ale to jedna z tych książek z których będzie zadowolony i roczniak i pięciolatek; u mnie dostaje 1+

6 komentarzy :

  1. W naszej najnowszej stercie książkowej znalazła się Zoologia i moja córa jest nią zachwycona, głównie obrazkami na razie, ale z czasem pewnie i ostatnie strony staną się dla niej fascynujące. Naprawdę pięknie ilustrowana książka. O istnieniu drugiej nie wiedziałam, ale wygląda równie przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę, że przy oglądaniu tych książek sama dużo mogłabym się nauczyć, dlatego poważnie zastanowię się nad zakupem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem niezwykle wdzięczna losowi, że kiedyś Pan Google wskazał mi Ciebie! To następne świetne książki o których istnieniu nie miałam pojęcia, a które na pewno znajda się na mojej półce i przede wszystkim kolejne potwierdzenie, że nie jestem jakąś chorą matką, która katuje swoje dziecko zabawami mającymi na celu nie tylko zyskanie wolnej godziny. To naprawdę fajne, że pokazujesz, że z takimi maluchami można się fajnie i mądrze bawić. Jeszcze więcej bym takich inspiracji chciała!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. "Prawie wszystko" kupiłam jakieś pół roku temu w prezencie dla ucznia na początku podstawówki - widok dwójki czterolatków, ośmiolatka i dziadków +50-latków pochylonych nad książką z równą fascynacją - bezcenny :) czemu by nie czytać i z niemowlakiem...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawa jestem jakie wydajesz odgłosy naśladując te egzotyczne zwierzaki? :D
    Jestem jak najbardziej za pokazywaniem i nazywaniem przeróżnych rzeczy. Takie szkraby cieszy każde wskazanie palcem i nazwanie. A któregoś dnia pokażesz na konia a ona Cie wyreczy i powie "kjoń"

    OdpowiedzUsuń
  6. Myślę, że takie książki to radość zarówno dla dziecka, jak i dla rodzica ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...