poniedziałek, 20 lipca 2015

High Need Baby? DIY!



Dziwną tendencję zauważyłam. Pojęcie High Need Baby zaczęło być modne. Każde, najmniejsze nawet odstępstwo od wizerunku spokojnego, śpiącego w swoim łóżeczku niemowlęcia nazywane jest wybujałymi wymaganiami. Kim jest High Need Baby i kto może swojemu dziecku nadać to modne miano? Ten post to klasyczny przykład postawy „wszyscy mają źle, ale ja to już najgorzej”. Czasami jednak trzeba.

W swojej książce (o której kilka słów zaraz) Searsowie bardzo trafnie zauważają, że wszystkie niemowlęta mają wysokie wymagania; nie tylko nie są w stanie przeżyć bez podstawowej opieki drugiego człowieka, potrzebują też bliskości i miłości. Czasami mam wrażenie, że ludzie o tym zapominają. Czytam więc na forach, jakie to straszne HNB mają ci biedni ludzie, bo jedno dziecko ma problemy z zasypianiem, drugie nie chce się bawić na macie edukacyjnej i w leżaczku woli obserwować mamę w kuchni, a jeszcze inne przez trzy pierwsze miesiące swojego życia miało kolki i płakało do godziny 22. No żyć się nie da! Wiem, że istnieją niemowlęta, które położone do łóżeczka zasypiają same, nie marudzą, bawią się w kojcach godzinami i w wieku jedenastu miesięcy same odstawiają się od piersi. Kilka tygodni temu sama takie niemowlę poznałam (co to był za kontrast z Różą!), jednak większość dzieci taka nie jest. Zasypianie zazwyczaj połączone jest z jakimś rytuałem, nocne pobudki to częsta norma, a kontakt z rodzicem niemal zawsze atrakcyjniejszy jest niż świecąco-grający panel nad łóżkiem. Z HNB się nie wyrasta, nie można być HNB jedynie w trakcie kolek albo przez miesiąc, w czasie ząbkowania. Prawdziwy problem pojawia się wtedy, gdy obiektywne potrzeby mogące powodować rozdrażnienie nie występują (nic nie boli, nic nie drapie), a płacz i niezadowolenie istnieją nadal. Gdy bardzo wysokich potrzeb dziecka, nawet przy ogromie dobrej woli, nie da się nazwać normą, a rodzice, zamiast cieszyć się rodzicielstwem, marzą jedynie o chwili snu, odpoczynku i samotności.

Od samego początku, już w szpitalu, nie mogłam odłożyć Róży do łóżeczka. Mała zasypiała przy piersi, ale moment poruszenia, choćby najdelikatniejszego, wybudzał ją ze snu. Spałyśmy więc razem, brzuszek do brzuszka, wąchałam jej głowę, patrzyłam na zamknięte oczy, byłam przeszczęśliwa. Przecież na to właśnie czekałam tak długo, to było szczęście. Zaakceptowaliśmy fakt, że nasza córka jest nieodkładalna i nie próbowaliśmy zmieniać tego stanu rzeczy. Kiedy więc Róża zasypiała, ja brałam książkę i czytałam, czasami 3 godziny, czasami jeszcze dłużej. Było fajnie! Robert też uwielbiam spać z Rózią. Usypiał ją sobie na ramieniu, a następnie siadała w fotelu z niskim oparciem i tak sobie razem drzemali.

Róża nigdy po prostu nie leżała. Czasami widuje się niemowlęta, które leżą w swoich łóżeczkach, bujaczkach, kołyskach i z zainteresowaniem oglądają świat. U nas takie sytuacje się nie zdarzały, bez względu na rodzaj siedziska. Róża spała, a kiedy się obudziła – płakała. Nie miała kolek, po prostu nie lubiła leżeć. Na kilka chwil zajmowały ją kontrasty (KLIK!), ale szybko znów budziło się w niej niezadowolenie. I to mi nie przeszkadzało. Lubiłam pokazywać jej czarno-białe obrazki, opowiadać co się na nich znajduje. Z wielkim zaangażowaniem czytałam jej książki, śpiewałam, zabawiałam. Godzinami nosiliśmy ją na rękach, do perfekcji opanowałam wykonywanie podstawowych domowych czynności przy użyciu jednej tylko dłoni. Kilka miesięcy później niemożliwe stało się wyjście do łazienki albo zrobienie sobie kanapki – ona oczekiwała mojego zaangażowania, moich piosenek, książek. Niemożliwe było też spokojne wyjście z dzieckiem. Kiedy słyszałam o niemowlętach, z którymi można było godzinami spacerować albo nawet pójść do restauracji i w spokoju zjeść kolację – nie mogłam w to uwierzyć. My zawsze jedliśmy na zmianę, ktoś musiał nosić naszego Skrzata i pokazywać mu świat. Róża nigdy nie chciała leżeć w wózku i bawić się dyndającymi jej nad głową zabawkami.

W ogóle tolerancja dla wózka była niska. Czasami Róża wpadała w histerię natychmiast po zetknięciu się z wózkowym podłożem, czasami, jeśli odkryłam jej budkę i zainteresowała się światem zewnętrznym, dawało nam to mniej więcej kwadrans przewagi. Potem był ryk, wiercenie i konieczność przełożenia dziecka do chusty lub wzięcia go na ręce. O spaniu w wózku nie było mowy! Liczyłam na to, że spacerówka zostanie zaakceptowana, że na siedząco będzie lubiła Róża się przemieszczać. Guzik! Sytuacja wygląda identycznie, a odkąd Róża chodzi – pojazd mógłby dla nas w ogóle nie istnieć. Nigdy specjalnie nie polubiłam chustowania, a już na pewno nie traktowałam go jako wygodniejszej alternatywy, dlatego akurat brak akceptacji dla wózka przeszkadzał mi od początku.

Róża nie znosi bezruchu. Jest nadaktywna, to wulkan energii. Nie siedzi, nie leży, przez cały dzień jest w biegu. Kiedy miała kilka miesięcy bardzo denerwowała ją niemożność przemieszczania się (chyba stąd to upodobanie do noszenia). Bardzo szybko zaczęła pełzać, a potem raczkować. W foteliku samochodowym przeżywała koszmar, po jego zamianie na montowany przodem do kierunku jazdy jest lepiej, ale wciąż nieidealnie. Róża nie je posiłków, bo nie ma cierpliwości, aby siedzieć na krześle, czasami tylko chwyci coś i połknie w biegu. Nawet przy piersi wykonuje nieustanne akrobacje, wstaje, kręci się. Skończy – i biegnie dalej. Za rękę trzyma mamę, bo przecież samemu to żadna frajda.

Róża nie znosi sprzeciwu, bardzo szybko wpadała w złość. Jest niecierpliwa, kiedy coś jej się nie udaje – wścieka się i rzuca tym, co sprawia jej tyle frustracji (najdalej zawsze rzucała swoim smoczkiem. Nie z nią takie numery!). Płaczem wymusza każdą zachciankę. Nie jest dzieckiem, które „popłacze, popłacze i przestanie” albo (to dobre!) – „popłacze, popłacze i zaśnie”. Od początku dostawała wszystko to, czego chciała, nie spotykała się ze sprzeciwem. Teraz fakt, że mogłaby czegoś nie dostać staje się dla niej natychmiastową tragedią. Searsowie piszą: „Jak tylko dziecko przekona się, że może zaufać swoim opiekunom, zacznie się stopniowo uczyć bardziej akceptowalnych społecznie sposobów na sygnalizowanie swoich potrzeb” (s. 33). Jedną mam tylko na to odpowiedź: gówno prawda!

Róża od początku była całkowicie nieprzewidywalna. Czasami miała trzy drzemki w ciągu dnia, innym razem tylko jedną. Czasami zasypiała o 19., czasami o 23. Żadna opcja nie gwarantowała lepszej jakości snu, tu też liczyć można było jedynie na łut szczęścia. Nie miałyśmy nawet szacunkowo ustalonej ilości i pór karmień w ciągu dnia. Nigdy nie wprowadziłam Róży żadnych rytuałów, nie widziałam w nich sensu. Nie było kąpieli o regularnej porze, nie było przewidywalnych zachowań. Sens ich ustalania widzę niestety dopiero teraz.

Z drugiej jednak strony...

Róża jak noworodek nie „wisiała” przy piersi. Porcje mleka pochłaniała szybko, łapczywie, wielkimi haustami. Po maksymalnie pięciu minutach puszczała sutek i błogo zapadała w drzemkę. Położne się dziwiły, kazały wybudzać, przystawiać na dłużej, odbijać. Ja sama popadałam w panikę: przecież trzeba pobudzać laktację (nie, żebym miała z nią jakikolwiek problem, nawet kryzysy mi się nie przytrafiały), bardzo niskie przyrosty wagowe też mnie wówczas jeszcze martwiły. Zachęcałam więc Różę do dłuższego ssania, proponowałam mleko nawet wtedy, kiedy sama nie miała na to ochoty. Wkrótce Róża zaczęła lepiej spać z piersią w buzi, a mi ten spokój odpowiadał, naprawdę lubiłam siedzieć z nią, oglądać Breaking Bad albo czytać. Pierś przestała być jedynie pokarmem. Róża była dosłownie zapychana cyckiem, kiedy tylko zdarzyło jej się załkać, w nocy natomiast natychmiast po przebudzeniu. Wkrótce okazało się, że jeśli nie dostanie mleka w ciągu 10-15 sekund od pierwszych jęków – obudzi się i choćby był to środek nocy – zła i marudna, nie będzie potrafiła zasnąć przez następne trzy godziny. Przez wiele miesięcy byłam pozbawiona wieczorów, męża widywałam w przelocie. Nie mogłam wstać z łóżka, mogłam tam siedzieć z książką, ale musiałam być obok, żeby zareagować, szybko. Popełniłam ogromny błąd. Dziś, moja 15-miesięczna córka potrafi sobie zażyczyć cyca co 15 minut, będzie szarpać bluzkę, ronić łzy jak grochy i domagać się lekarstwa na wszystko aż do skutku.

Róża ładnie spała w nocy. Nigdy nie zdarzyło jej się przespać nocki w całości, ale normą były dwie pobudki na karmienie, po którym natychmiast dalej zapadała w głęboki sen. Spaliśmy razem, we trójkę. Nie dlatego, że dzięki temu Róża spała spokojniej, robiliśmy tak od początku, nie dając nawet okazji poznania jej własnego łóżka. Uwielbialiśmy to! Dla mnie było to też bardzo wygodne. Dwa nocne karmienia na leżąco mijały mi właściwie niezauważone, natychmiast ponownie zasypiałam. Wkrótce jednak coś się zaczęło psuć. Sen Róży stawał się coraz płytszy, a pobudki coraz częstsze, zaczęła się wybudzać nawet co godzinę, a cichy szmer z drugiego końca domu sprawiał, że szeroko otwierała oczy. Budziły ją też nasze ruchy w łóżku. Wspólne spanie przestało być przyjemnością, chęć zmiany pozycji wiązała się z ryzykiem obudzenia i długiego usypiania dziecka. Wtedy jednak było już za późno, Róża nie zaakceptowała swojego łóżeczka. Nigdy nie daliśmy jej szansy, żeby nauczyła się zasypiać sama. Dziś jest to dla nas nadal jeden z największych problemów. Bo można się obyć bez wielu rzeczy, ale nie bez snu.

Czy moje dziecko jest HNB?

Nie wiem. Pewne cechy trudnego dziecka miała od samego początku, ale niektóre – nie. Na dodatek za każdym razem cechy, które dziś mi przeszkadzają, wtedy były wzmacniane, a zwyczaje podtrzymywane. Czy wierzę, że można sobie stworzyć HNB? Tak, jestem nawet pewna, że sama to zrobiłam. Cała ta bliskość, nieustanne przytulanie, współspanie i noszenie były wspaniałe przez pierwsze 3 miesiące. Nasze życie nie było wtedy trudne. Oczywiście, pojawiły się te wszystkie rzezy, o których pisałam, ale wydawało mi się wtedy, że takie są wszystkie dzieci, nie miałam przecież porównania. Po drugie, owładnięta jeszcze poporodowymi hormonami szczęścia, naprawdę to lubiłam, na to czekałam i tej nieustannej bliskości z dzieckiem po macierzyństwie oczekiwałam. Po pewnym czasie wszystkie te złe nawyki zaczęły męczyć coraz bardziej, po roku mam ich serdecznie dość i chcę je zmienić, tyle że jest już za późno. Nie chcę się wdawać w słowne gierki. W odwiecznym sporze „nie noś, bo przyzwyczaisz” przeciwko „po dziewięciu miesiącach dziecko jest przyzwyczajone” jestem raczej po drugiej stronie, teraz jednak wiem, że należy przyjąć jakiś złoty środek. Doskonale wiem, że noworodek ma określone potrzeby, a zadaniem rodzica jest je spełniać. Nigdy nie zostawiłabym mojego płaczącego dziecka samego, tylko po to, żeby wyczerpane zasnęło, uważam, że to nieludzkie zachowanie. Po bardzo intensywnym roku moje poglądy jednak ewoluowały. Nie uważam już, że dziecku stanie się krzywda, jeśli będzie spało samo. Odkładane, być może obudzi się piąty, dziesiąty i trzydziesty raz, ale w końcu, po kilku tygodniach systematycznego i konsekwentnego wykonywania pewnej czynności – przyzwyczai się. Wiem, że z kolejnym dzieckiem postąpię inaczej. Błędy wychowawcze nie istnieją, dopóki rodzice nie postrzegają ich jako uciążliwych zachowań i zwyczajów. Kiedy jednak coś męczy i rodzica i dziecko (a uwierzcie mi, że nocne pobudki co pół godziny były frustrujące nie tylko dla mnie, ale i dla Róży) i kiedy kilka razy dziennie wspominam jak złe nawyki utrwalałam i marzę, żeby cofnąć czas i naprawić błędy – wtedy do czynienia mamy już z problemem. Bywało nam bardzo ciężko, a przerzucanie dziecka między sobą, tylko po to, żeby choć chwilę pospać, żeby mieć pół godziny dla siebie – stało się normą.

Searsowie

Na „Księgę wymagającego dziecka” Searsów, która w Polsce ukazała się kilka miesięcy temu, czekałam z duża nadzieją. Hayden, czwarte dziecko Searsów, znanych z promowania rodzicielstwa bliskości, okazało się inne niż pozostałe; trudne, intensywne, absorbujące. Liczyłam na to, że w poradniku znajdę wreszcie konkretne porady, które pomogą mi zmienić nasza trudną sytuację. Dobrze czytało mi się „Księgę...”. Lektura była dla mnie niczym poklepanie po plecach i pocieszenie: „wiem przez co przechodzisz, nie jesteś sama”. Otuchy dodał mi też rozdział o krzepiącym tytule „Opowieści tych, którzy przetrwali”. Sytuacje, o których czytałam były mi bardzo bliskie i doskonale je rozumiałam. Czy jednak poradnik w jakikolwiek sposób mi pomógł? Nie i było to dla mnie prawdziwe rozczarowanie.

Autorzy zakładają, poniekąd słusznie, że największym problemem, z którym borykają się rodzice HNB jest płacz dziecka. Niemowlę bowiem płacze dopóty, dopóki jego potrzeby nie zostaną zaspokojone, a potrzeb ma ono bez liku. Większość więc porad w książce dotyczy metod uspokajania dziecka; Searsowie piszą, że warto nosić je w chuście, bujać i inne oczywistości. Tyle tylko, że ja problem widzę w czymś innym. Potrzeby Róży były zawsze zaspokajane natychmiastowo i ta rzadko płakała. Była nieustannie noszona, zabawiana. Wkrótce problemem stało się właśnie to noszenie, fakt, że Rózia położna na ziemi zaczynała wrzeszczeć, że nie potrafiła się zająć zabawką choćby przez kilka sekund i że teraz, kiedy ma już 15 miesięcy i profesjonalnie chodzi i biega, wciąż najbardziej lubi być noszona przez mamę. Nie proponują Searsowie co dalej, nie mówią co zrobić, kiedy dziecko jest już spokojne, ale próba jego odłożenia kończy się w punkcie wyjścia. Ich dewiza to: noszenie jest super, możesz przecież wziąć dziecko w chustę, mieć wolne ręce i w ogóle high life. Owszem, ale w końcu ma się tego dość, ja miałam. Jako metodę i rozwiązanie większości problemów proponują Searsowie wszystko to, co moim zdaniem przyczyniło się właśnie do takiego stanu rzeczy, jaki mamy teraz; każą być nieustannie blisko dziecka, spać z niemowlęciem, często je karmić. Niewiele też w książce rad dla rodziców dzieci rocznych i starszych. Wszystko skupia się wokół noworodków, młodszych niemowląt. Zastanawiam się jaki z tego wynika wniosek. Czy dziecko, nawet HNB, powinno z tego wszystkiego wyrosnąć? Dlaczego inne dzieci wyrastają, a moje ani trochę?

Piszą też Searsowie, że zachowanie HNB nie jest niczyją winą, że ono po prostu jest, a zadaniem rodzica jest czynić je jak najmniej uporczywym.  Ja widzę błędy, które popełniłam i nie mam wątpliwości, że nie tylko nie polepszyły one całej sytuacji, ale wręcz ją pogorszyły. Nie obwiniam się, nie zadręczam wyrzutami, po prostu mam tę świadomość.  

Zalety HNB?

Owszem, są. Róża jest dzieckiem, które czerpie prawdziwą radość z bliskości. Choć nie potrafi usiedzieć trzech minut przy obiedzie, to nawet kilkanaście razy dziennie wchodzi na kolana rodzica, przytula się, daje mokre całusy, głaszcze. Potrafi się tulić przez kwadrans. Uwielbiam te momenty!

Jest jeszcze coś. Zdarza mi się czytać na blogach i forach relacje znękanych rodziców, których ząbkujące dzieci nie dają im spać, bo... już trzecią noc z rzędu budzą się w nocy. Człowiek bardzo przyzwyczaja się do komfortu. Zmieniając samochód na lepszy oczywiście poczujemy różnicę, ale nie będzie ona wielkim kontrastem. Spróbujmy jednak po tygodniu jeżdżenia tą furą przesiąść się z powrotem do naszego rozklekotanego grata. O to, to! Tak samo jest z dzieckiem, jakością snu i czasem wolnym. Choć wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, to można się przyzwyczaić do snu podzielonego na kilkanaście fragmentów, a skoro taka jakość staje się normą i, uwierzcie!, gorzej być już nie może, to jakiekolwiek kryzysy pozostają niezauważone. Wszystkie wychodzące zęby znajdujemy więc przypadkiem, proces ząbkowania nie istnieje. Budzi się to dziecko w nocy dwudziesty już raz i płacze, ale czy akurat idą mu dwójki czy po prostu ma taki kaprys – kto to wie?! Lęk separacyjny? Co to takiego? Mama i cyc (w szczególności ten drugi) muszą być przecież w zasięgu wzroku i krzyku nieustannie. Ominą nas również wszystkie bunty; nasze dziecko złości się notorycznie, potrafi pokazowo wyrwać sobie z głowy kilka włosów, uderzyć kogoś w twarz (gdzie się tego nauczyła?!) i rzucić czymś o ścianę. Jeśli nie chce – nie słucha poleceń, ma w nosie, że czegoś nie wolno, chociaż doskonale rozumie co się do niej mówi. A spróbujcie jej na coś nie pozwolić, zabrać jej to, co akurat sobie wzięła. Będzie wrzeszczeć tak długo, aż wymusi to, na czym jej zależy. (Wymusi, bo owszem, wbrew Searsom wierzę w wymuszanie, spotykam się z nim (i z dyskretnym podpatrywaniem jak zareaguję) na co dzień).

Same zalety, prawda? :)

Dla zainteresowanych:
Księga wymagającego dziecka
William Sears, Martha Sears
Wydawnictwo Mamania
Stron: 256

Koniecznie przeczytaj też:



20 komentarzy :

  1. No no, ciężki ten tekst, ale przeczytałam całość. A teraz powiem dlaczego, bo moje dziecko przez pierwsze trzy miesiące swojego życia było nie do wytrzymania :) Ja to nazywam teraz Niedogniecionemu, trzy miesiące koszmaru, nieustannego płaczu mimo nakarmienia, przewinięcia, noszenia. Tosia płakała noszona na rękach i przez kilka godzin nie było sposobu, żeby ją uspokoić. Mój mąż wyglądał jak upiór jakiś czy inna strzyga, nawet nie chcę wiedzieć jak ja wtedy wyglądałam. Nie mogłam wyjść do toalety, spokojna kąpiel to był jakiś niedościgniony obiekt marzeń, posiłki jadłam z dzieckiem przy piersi. Wózka nie akceptowała w żadnej formie, w dzień drzemki miała tylko jak ją nosiłam w chuście, inaczej nie spała, no chyba, że przy piersi, ale wystarczyło, że się odsunęłam i zaraz się budziła. Do tego miała małe przyrosty wagi na tyle, że każdy gastrolog, z którym rozmawiałam, a nawet doradcy laktacyjni mówili, że trzeba ją dokarmiać. To było naprawdę straszne i cieszę się, że w tej chwili pamiętam to tylko jako hasła, a nie jako emocje i przeżycia.
    Natomiast u nas z czasem się to wszystko wyciszyło. Nie wiem dokładnie dlaczego tak się stało, ale jedno jest pewne, mojej Tosi niestety pomogła butelka i mm :/ Odkąd zaczęłam ją dokarmiać było coraz lepiej, ja oczywiście cieszyłam się z każdego dnia bez butelki, ale z czasem ratowała mi życie. Byłam dość mocno uparta i chciałam, żeby Tosia umiała spać sama w łóżeczku. Jeśli tego potrzebowała ZAWSZE brałam ją do nas do łóżka, ale z czasem tak się rozpychała, że nie dało się z nią wyspać... Nadal jeśli jest chora (ostatnio trochę z nami pospała), albo ma gorszą noc i potrzebuje bliskości, ma do nas drogę wolną, ale generalnie śpi w łóżeczku. Myślę, że Tosia jest mniej energiczna od Róży, co prawda nadal zadziwia mnie swoją energią i potrzebą biegania non stop, ale Twojej dziewczynce ustępuje zdecydowanie ^_^
    Myślę, że Searsowie sami nie wiedzieli jak sobie poradzić z takim dzieckiem. Napisali książkę ku pokrzepieniu serc i opisali sposoby na przeczekanie, bo nie mieli pojęcia jak sobie z tym inaczej poradzić. Szczególnie jeśli byli propagatorami rodzicielstwa bliskości. Jak przy czymś takim namawiać rodziców jednak do nauki samodzielności już od najwcześniejszych miesięcy życia? Rozmijałoby się to kompletnie, a dla takich dzieci też mi się wydaje, że RB nie do końca zdaje egzamin, jest potrzebne, ale na pewno nie w swojej skrajnej postaci.
    Trudny temat, ale dobrze, że to opisałaś i to jeszcze w tak dosadny sposób. Post parentingowy zdecydowanie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedogniecionemu? Co to się porobiło, tam miał być Dzieciogiedon! O.o A na komputerze nie mam T9 przecież :D

      Usuń
    2. Właśnie się zastanawiałam co to. :) Pisałam już kiedyś, że dla wielu osób to właśnie 3 piesze miesiące są najtrudniejsze, dla mnie to była bajka, prawdziwe trudności zaczęły się potem, stąd m.in. moja teoria, że jednak nie pojawiły się one przypadkiem.
      Mm i dokarmianie to oczywiście temat rzeka. Prawdą jest że jest ciężkostrawne i dzieci po nim lepiej śpią, a pewne określone dawki wprowadzają określony harmonogram karmień a przez to i rytuały których u nas zabrakło. Nie chcę nikogo urazić (i mam nadzieję, że tak tego nie odbierzesz, każda sytuacja jest inna) (choć planuję niedługo post, który urazi całe mnóstwo osób), ale ja nie dałabym mm choćbym nawet miała siedzieć z cyckami na wierzchu calu dzień (zresztą, zdarzało się). Wychodziłam zawsze z założenia, że rok to taki czas, który możemy całkowicie poświęcić dziecku, jakikolwiek by on nie był (wiem, postawa cierpiętnicza). Ponieważ wbrew przewidywaniom sytuacja się nie polepsza, podejmujemy już teraz pewne środki. Wszystko jest trudne, rok temu te same działania byłyby dużo łatwiejsze, ale to już nauka na przyszłość. :)

      Usuń
    3. Nie uraziłaś mnie, bo sama tak myślałam i tak robiłam. Przez dwa miesiące leżałam całymi dniami (mieszkam z rodzicami, więc jedzenie miałam podstawiane pod nos i nie musiałam robić dosłownie NIC) i karmiłam, mała się nie odrywała od piersi i zaczęła spadać na wadze, nie słuchałam nikogo i byłam potwornie uparta, bo chciałam wykarmić piersią i koniec. A Tosia płakała nieustannie. Też nie chcę cię urazić, ale nie wiesz jak to jest, kiedy twoje dziecko wygląda jak słomka i jest coraz chudsze, a ty po prostu nie możesz go wykarmić. Teraz wiem, że to wada sutków i za mała ilość gruczołów mlekowych, taki mój urok i żadnego dziecka nie byłabym w stanie wykarmić. Ot, bywa. Moje dziecko płakało przez pierwsze trzy miesiące, bo było nieustannie głodne i tyle, chociażbym nie wiem jak czarowała rzeczywistość to tak jest.

      Usuń
    4. Akurat wiem, bo przyrosty Róży czasami nie przekraczały 100g miesięcznie a czasami miała wręcz spadki. Od kilku miesięcy waży 8 kg i nie przybiera wcale. Ja jestem akurat strasznie wyluzowana pod tym względem, chociaż groźby służby zdrowia o tragicznych przyrostem zawsze były straszne. :)

      Usuń
    5. Rzeczywiście jesteś wyluzowana. Ja taka nie potrafiłam być kiedy w trzecim miesiącu się okazało, że moje dziecko spadło o prawie 200g. To nie licytacja. Byłam wściekła i załamana, że muszę podać mm, ale zagłodzenie dziecka, żeby udowodnić sobie, że jest się matką roku, to bardzo słaby pomysł.

      Usuń
    6. Czy pocieszę jeśli napiszę, że moja córeczka mając dwa lata waży 9,7 kg? Pierś odrzuciła w drugim tygodniu życia, choć mój pokarm piła przez kolejne pół roku. Z butelki. Teraz jest na mieszance i ze stałych pokarmów je niewiele. Badania ma dobre. Zaliczyłyśmy szpital neurologiczny, gastrologa, osteopatę, rehabilitantkę, rtg, usg i inne takie. Jest zdrowa. Drobna. Nie chodzi jeszcze samodzielnie. Ale uśmiech i radość życia ma cudne!

      Usuń
  2. Urocza foteczka! Przeczytaliśmy tekst najpierw samodzielnie (ja- pluralis majestatikus), a potem komisyjnie (moje nieczynne gardło i mąż nad talerzem z obiadem o północy)- za każdym razem z wielkim smakiem. Jesteśmy gotowi wystosować komentarz, ale nie jesteśmy w możności wystosować go publicznie, gdyż niektórzy z naszych czytelników czytają nasze komcie na zaprzyjaźnionych blogach. Czy Blogerka jest zainteresowana naszym komentarzem? Czy mamy dokonać tego aktu spoufalenia jakim jest pójście w priw?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! Czekam niecierpliwie! Adres do korespondencji znajdą Czytelnicy w zakładce Współpraca i Kontakt. :)

      Usuń
  3. Też długo się wahałam, czy Tosia jest, czy nie jest HNB. Po lekturze książki Searsów myślę, że tak, podobnie jak i ja w dzieciństwie (mama do tej pory wspomina). Nie wymawiaj sobie, że to przez tą całą bliskość, noszenie, spanie, Róża jest taka jaka jest, to nie do końca tak jest, choć pewne zachowania się przez to wzmocniły. Ale gdybyś np. nie nosiła, to cechy HNB ujawniłyby się w inny sposób. My Tosię nosiliśmy baaaardzo rzadko, wszyscy dookoła powtarzali "nie noście", i nie nosiliśmy. Efekt tego był taki, że usypialiśmy ją huśtając w foteliku samochodowym (8kg niemowlę!), leżaczku-bujaczku (trzeba było podnieść leżaczek z Tosią i bujać w poziomie), no, czego my nie robiliśmy.... kręgosłupy pękały, a ja marzyłam o usypianiu na rękach... Na rękach się jednak darła, nie lubiła. Od początku spała ładnie w swoim łóżeczku - i co? Po prawie 5. mies.przesypiania prawie całych nocy, nagle, z dnia na dzień zaczęła się budzić prawie co godzina. Braliśmy ją więc do siebie do łóżka. Teraz budzi się co ok 3 godziny, a my od kilku tygodni uczymy ją przesypiania dłuższych okresów. Już widzimy efekty - śpi ok 5-6 godzin albo zupełnie bez pobudki, albo z pobudką, na którą wystarczy tylko poszumieć trochę i śpi dalej. Pewnie niedługo o tym napiszę u siebie.
    Moja Tosia ma bardzo silny charakterek, często krzyczy, marudzi, jęczy, stęka, żebym tylko siedziała koło niej, niby fajnie, że nosić nie muszę, ale nie daj Boże żebym chciała wstać zrobić coś w kuchni, czy posprzątać, czy do łazienki pójść, od razu rozpacz, od razu idzie za mną, staje przy nogach i wtedy na rączki chce. Po czym zaraz się wyrywa, bo przecież ona na rękach być wcale nie chce... Wyjście na zakupy, czy do zoo to jest masakra, krzyk, płacz, chyba za dużo bodźców. Ani w wózku nie wysiedzi, ani w nosidle, ani na rękach.
    Jeszcze co do książki, to też mnie rozczarowało, że jest głównie o małych niemowlakach, ale to w sumie zrozumiałe - w końcu to HNB, może przygotowują nową książkę o high-need child? ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hah, chyba nie, ta została w oryginale wydana w 1996 roku. :D
    Tak jak pisałam - nic sobie nie wymawiam, nie obwiniam się, po prostu stwierdzam fakt i być może przeczyta to ktoś, kto nie popełni moich błędów.
    Ja podobno nie przespałam w całości ani jednej nocy do 4-5 roku życia, więc nadziei nie ma. :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Szczerze mówiąc nie słyszałam wcześniej o tym HNB, jak to dobrze żyć w niewiedzy ;) mam wrażenie, że rodzice uwielbiają tłumaczyć nie korzystne dla siebie zachowania swoich dzieci jakimiś dziwnymi nazwami zespołów/chorób...Takie mam zdanie na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdy pierwszy raz spotkałam się z tym terminem na jednym forum to od razu był pod nim niekończący się ciąg komentarzy matek, które przyklaskiwały, że wszystkie ich dzieci to HNB. A z ich opisów nie wynikało nic szczególnie high need. Z ich opisów wynikało, że mają zwykłe małe dzieci ze zwykłymi potrzebami małych dzieci. I może nie powinnam była, ale od razu podeszłam do tej nowości bardzo negatywnie. Mam wrażenie, że przylepiając taką łatkę zwykłemu, zdrowemu dziecku można też zrobić mu krzywdę.
    Nie znam dokładnie definicji HNB jednak wydaje mi się, że jest to jakiś promil spośród wszystkich niemowląt, a teraz chyba faktycznie przyszła po prostu moda na nazywanie tak każdego dziecka, które potrzebuje trochę więcej bliskości i uwagi.

    OdpowiedzUsuń
  7. Powiem tak.. To nie sa cechy trudnego dziecka i przykro mi to stwierdzic ale Ty sama ja tego nauczylas. Moje dziecko jest hnb tyle ze teraz ma dwa lata przestala sie zloscic o byle co bo wie ze placzem i wrzaskiem na mnie tego nie wymusi. Spala sama (jesli pobudki co 15 minut mozna nazwac spaniem) do 10 miesiaca zycia. Potem jej sie odwidzialo. A z Twojego tekstu widze ze to Wy ja nauczyliscie tych zachowan. Dziecko teraz nie bedzie spac w lozeczku skoro nie daliscie jej tej szansy. I bedzie wszystkiego rzadac krzykiem i wrzaskiem bo wie ze w ten sposob to dostanie. Radze Ci ja oduczyc pewnych zachowan bo bedziesz miec za kilka lat terroryste w domu.

    OdpowiedzUsuń
  8. Cóż, sama byłam hnb i jestem takim dorosłym. Moje dzieci też mają ogromne potrzeby, które po 5 latach tylko lekko ewoluują ale nie zanikają. Gdy ja byłam mała 40 lat temu, nazywano to po prostu ponad przeciętną wrażliwością. Teraz neurolodzy określają to trudnościami adaptacyjnymi. Bo trudno jest. Bardzo trudno. Ale tylko do momentu kiedy zaakceptuje się swoją i dzieci inność, niestandartowość. Wtedy jest ciut lepiej. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie wiem czy moje dziecko jest HNB, nie zastanawialam sie nad tym, ale chyba nie. Po prostu ma swoje potrzeby, a ze jest niecierpliwy po matce i nerwowy po ojcu, to co sie dziwic. ;) Sama bym z soba nie mogla wytrzymac ;) tez nie raz slyszalam - jakiego Ty masz aniolka, na wszystko masz czas, wszystko tak dobrze ci wychodzi... Tylko ze ja nie lubie i nie widze potrzeby ciaglego gledzenia jaka to mialam noc, bo zabkowanie w toku, albo ile razy wpadl dzis w histerie, albo jak robilam obiad jedna reka, druga podawalam cos malemu, a noga trzymalam szafke, zeby maly jej nie otwieral. ;) Ja po prsotu nauczylam sie z tym zyc. Dla mnie to normalne zywe i ciekawe swiata dziecko i co wiecej uwazam, ze on jest bardzo grzeczny tylko czasem ma gorszy dzien. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Trafiłam na ten artykuł przeglądając internet szukając właśnie informacji o dzieciach HNB, bo właśnie wczoraj, dawno niewidziana koleżanka opowiedziała mi o swoim dziecku i o tym syndromie. I nagle wszystko się wyjaśniło, mój dwulatek też to ma. Cóż za ulga, ba naprawdę myślałam, że to wszystko to moja wina i że jestem fatalną matką.
    A chciałabym tylko napisać wszystkim tu komentującym, że dzieci muszą płakać i przyklejanie łatek to pójście na łatwiznę, to na prawdę nie wiecie co to jest DZIECKO WYSOKICH POTRZEB. W pierwszych miesiącach życia mój syn potrafił przepłakać cały dzień. Nic nie pomagało, na rękach też było marnie. Na spacerach ludzie zaglądali mi do wózka, z którego wydobywał się ryk. Synek usypiał (drzemał) tylko przy piersi, w czasie karmieni, karmiłam co 1,5 - 2 godziny. Noc też spędzał z piersią w ustach. Po 4 miesiącach moja waga z przed ciąży spadła o 10%. Jadłam tylko w momencie, jak ktoś mi coś przygotował i podał w czasie gdy karmiłam piersią. Nie mówiąc już o niewyspaniu i ekstremalnym zmęczeniu. Z dawnej urody zostały resztki. Momentami naprawdę nie chciało mi się żyć, a widząc kobietę w ciąży miałam ochotę podbiec i powiedzieć, tak Ci współczuję. Mąż nie stanął na wysokości zadania, bał się synka, oddalił się... rozwiedliśmy się. Oczywiście z każdym miesiącem było łatwiej i teraz to jest mogę powiedzieć dobrze, po części synek "się wyrobił", dorósł, stał się samodzielny, a po części po prostu wiem że muszę mu poświęcać 100% czasu i staram się tak zorganizować ten czas, żeby i dla mnie był atrakcyjny. Bardzo go kocham i wiadomo nie wyobrażam już sobie życia bez niego. Ale drugiego dziecka już mieć nie będę, mam takie wrażenie że przepłaciłabym to życiem :)

    OdpowiedzUsuń
  11. moja młodsza córka jest HNB... ma 2,5 roku znośne były jedynie jakieś 3 miesiące między 6-9 mies jej życia; z mężem już kilkakrotnie byliśmy blisko rozwodu z powodu ciągłej frustracji, zmęczenia; starsza była do momentu urodzenia HNB dzieckiem idealnym, wytrwala jeszcze przez rok w tej idealnosci ale nasze mlodsze HNB wplywa na nas negatywnie kazdego dnia, na dodatek od samego poczatku kompletnie nie akceptuje starszej siostry, ktora przez dlugi czas byla dla niej cudowna; smoczek? jeszcze większy wrzask; fotelik samochodowy? fotelik do karmienia? wózek? przeciez tam ogranicza się jej swobode ruchow, przymusza do czegos - no way!i teraz wcale nie jest lepiej z HNB się nie wyrasta są lepsze momenty tak krókie i ulotne a jak się do tego dolozy drugie dziecko i ciagle klotnie o wszytsko to macierzysntwo przestaje byc takie rozowe; moje HNB nie pozwalalo sie przytulac wrzeszczalo, wierzgalo, kopalo kazda proba uspokojenia przytuleniem konczyla sie jeszcze gorzej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Róża ma teraz 2 lata i 3 miesiące, jej młodszy brat - 5,5 miesiąca. Chociaż nie jest "aniołkiem" to daleko mu do HNB i teraz przynajmniej jedno wiem na pewno - Róża jest HNB. Być może niektóre złe cechy w niej "wyćwiczyliśmy", być może przy odpowiedniej determinacji dałoby się je zwalczyć, ale nie ma wątpliwości, że jest inna niż jej brat. No właśnie - jest, a nie była. Jest starsza i jest łatwiej, ale to prawda - z HNB się nie wyrasta. Mogę sobie tylko wyobrazić jak przytłaczające może to być w przypadku drugiego dziecka. Naprawdę rozumiem te kłótnie i awantury z powodu przytłaczającego zmęczenia i frustracji, nam sporo zajęło aby zaakceptować trudną sytuację zamiast ciągle z nią walczyć, przestać licytować się o wolny czas, wyrzucać sobie za długą kąpiel (sic!), ale warto popracować nad związkiem. Trzymaj się, w końcu będzie lepiej!

      Usuń
  12. O HNB dowiedziałam się kilka miesięcy temu.Moja córka skończyła 5 lat i co roku pocieszam się ze będzie lepiej,łatwiej.Pierwsza cała noc przespala mając 2 lata i tydzień.Ciągle płakała bez powodu i do dzisiaj tak ma. Fakt,że przytula się co chwilę i mówi kocham Cię mamusiu i wtedy człowiekowi wszystko mija.Nie usiedzi minuty w miejscu.Jest w ciągłym ruchu,nie czuje zmęczenia.O której bym nie położyła spać jest płacz ,że musi już iść spać czy to 22 czy 1 nad ranem.Ogólnie z dziećmi się dogaduje-jak to dzieci raz lepiej raz gorzej.Ciagle mowi praktycznie buzia sie jej nie zamyka.Niby fajnie ale na co dzien jest czasami przytlaczajace.Od niedawna zaczela interesowac sie kredkami,bo wczesniej wogole jej nie interesowaly,ale to tez max do 5-10min i juz sie nudzi.Miałam i mam do dzisiaj nie raz dosyć.Ma swoje napady złości,które ciężko uspokoić.Od września zacznie chodzić do przedszkola.Aż się boję pomyśleć jak to będzie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...