poniedziałek, 9 listopada 2015

Ostatnio przeczytane #3


Kolejny miesiąc, kolejne przeczytane książki. Sporo dobrego znalazłam ostatnio w literaturze. Zapraszam! 

Trylogia Więzień labiryntu, Próby ognia, Lek na śmierć James Dashner





Trylogię czytałam już wcześniej, a jej pierwszy tom to już chyba ze cztery razy. Tym razem zrobiłam sobie generalną powtórkę przed ekranizacją „Prób ognia”, na które to bardzo chciałam wybrać się do kina.

Uwielbiam tę historię i sposób, w jaki została opowiedziana! Mogę śmiało powiedzieć, że to jedna z moich ulubionych serii młodzieżowych (o ile nie ulubiona) i postapokaliptycznych. Czyta się ją dosłownie jednym tchem, zarywając noce i nie dbając o jakiekolwiek obowiązki. Co za emocje! Nie umiem ich nawet opisać nie wdając się w tandetne porównania do jazdy na kolejce górskiej. Zwłaszcza do pierwszego tomu, choć znam go tak dobrze, zawsze podchodzę z tym samym entuzjazmem i zaskoczeniem. Bo „Więzień labiryntu” to książka wyjątkowa, taka przy której nie wiadomo co myśleć ani czego się spodziewać; świetny pomysł przede wszystkim. Pamiętam, że kiedy czytałam ją po raz pierwszy nie przerywałam lektury ani na moment. Drugi tom też jest rewelacyjny, choć tak bardzo różny od pierwszego. Trzeci... już tylko (tylko?) dobry, zwłaszcza zakończenie rozczarowuje, co przy tak genialnej trylogii jest wręcz zbrodnią. Mimo wszystko polecam z całego serca, jeśli ktoś szuka czegoś, co naprawdę go zaskoczy, przykuje do książki na długie godziny i wprawi w euforyczny wręcz nastrój. Dla mnie wspomnienia związane z Dashnerem są niezapomniane i całą serię przeczytam z pewnością jeszcze nie raz. Kto nie zna i nie czytał niech od razu nadrabia zaległości!

A do kina i tak w końcu nie poszłam, żałuję. Na pierwszej części byłam i to razem z czteromiesięczną wówczas Różą:



Teraz muszę czekać na premierę DVD. Bynajmniej jednak nie po to by ją kupić, ale po to, żeby elegancko zapiracić z torrentów (KLIK!).

Za całość, niech będzie, 6/6 

Buddenbrookowie Tomasz Mann


Zapowiadałam (KLIK!), że będę pisać o klasyce. Nie piszę. Blog zmienia tematykę i czasami rezygnuję z wpisów, które chętnie opublikowałabym jeszcze jakiś czas temu. Czytam jednak książki ze swojej listy i na koniec roku na pewno zrobię podsumowanie, bo większość z tych wielkich dzieł jest po prostu genialna. Niedawno skończyłam „Buddenbrooków”. Tak jak już wspominałam – Mann to dla mnie materiał niestrawny. Pierwszych kilkadziesiąt stron „Czarodziejskiej góry” było drogą przez mękę, kolejnych nie poznałam nigdy. „Doktora Faustusa” nie byłam w stanie przebrnąć nawet jako audiobooka. Nie wdając się już nawet w wartość literacką tych dzieł i posługując się prostackim imperatywem – nigdy nie czytałam tak nudnych książek. Co gorsza, nie znalazłam w nich nic wartego uwagi, żadnej myśli i refleksji, która poruszyłyby we mnie głębszą strunę, a te powinny przecież cechować Wielką Literaturę.

„Buddenbrookowie” to dla mnie przede wszystkim rewelacyjnie napisana, znakomita saga rodzinna i świetna panorama społeczna, a takie powieści naprawdę uwielbiam. Na dodatek nie jest ani trochę nudna! Uderzyło mnie z jak wielkim dystansem, ironią wręcz autor podchodzi do swych bohaterów. Chrystian? To wręcz postać komiczna! Mam też wrażenie, że to, co autor zrobił postaci Toni jest znacznie bardziej okrutne niż wszystkie krwawe śmierci, które swoim bohaterom serwuje Martin. Ciekawy zabieg, rzadko spotykany w literaturze, jakby nie patrzeć, dawnej i na pewno dodający powieści nieco lekkości, której nie znalazłam w innych dziełach autora.

Odezwały się i głębsze struny, nawet te najgłębiej skrywane. Końcowa mowa Hanno uderzyła mnie osobiście, może dlatego, że uczucia, o których w niej mówi znam aż za dobrze. Czytając jego „(...) pytają mnie dzień w dzień, czym chcę być. Nie wiem. Nie mogę nic odpowiedzieć. Nie mogę niczym być. Boję się życia...” miałam wrażenie, że sama wypowiadam te słowa, głoska po głosce.

Dlatego właśnie tak uwielbiam literaturę; za takie pojedyncze zdania, które (jakkolwiek patetycznie to zabrzmi) pozwalają mi lepiej zrozumieć samą siebie i doznać małych objawień. I za to też chwała klasyce! Bo choć trzy tomy „Więźnia labiryntu” pochłaniam na jeden zamach i po fakcie okazuje się, że moje paznokcie przestały istnieć, to nie znajduję w nim tych myśli, tych przebłysków czyjegoś geniuszu. 

Zdecydowane 6/6 i jedna z ulubionych! 

Pamiętnik, Nicholas Sparks


Nie wiem, co sobie myślałam zabierając się znowu za Sparksa. Miewam czasami ochotę na totalne szmiry (choć chyba już jednak nie na takie), szczerze liczyłam też na wyciskacz łez, bo w ciąży lubię sobie popłakać. Po fatalnej „Ostatniej piosence” czytanej kilka lat temu (recenzja dla odważnych TUTAJ, dodam tylko, że jest straszna i okropnie się wstydzę swoich recenzji sprzed czterech lat... Czy powinnam je usunąć?) nadszedł ten moment, kiedy znowu powiedziałam sobie: Sparks.

„Pamiętnik” był sto razy gorszy! To niesamowite jak bardzo tandetną powieść można napisać, jak fatalnego języka w niej użyć. Jest oczywiście Ameryka i amerykańskie południe, przeznaczenie, uczucie pokonujące wszelkie bariery i, rzecz jasna, tragiczna choroba, wszystko tu jest, a jakże! Znowu jednak ta historia taka nijaka i znowu te opisy takie brzydkie, że aż śmieszne i niestety znowu niesmak zamiast wzruszenia.

Wiem jedno – to było moje ostatnie spotkanie z autorem. Jak mnie najdzie ochota na szmirę, to przeczytam coś o nastoletnich wampirach, to przynajmniej wciąga i rozluźnia. Niedająca mi spokoju myśl mnie także nurtuje: jak to się stało, że Sparks zyskał taką popularność?! Jak może się ta jego pisanina komukolwiek podobać?!

1/6

A może polecicie jakiś dobry wyciskacz łez? Bo ciągle mam ochotę straszną! 

Koniecznie przeczytaj też inne wpisy z tego cyklu:

14 komentarzy :

  1. Calutkim sercem kocham trylogię "Więźnia Labiryntu". <3 Teraz nie mogę się doczekać lektury "Rozkazu Zagłady". :) Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja muszę w końcu kupić tą nową powieść Dashnera!

      Usuń
  2. Sparks rzeczywiście jest beznadziejny - filmy na podstawie jego książek są boskie, ale same książki to jakieś nieporozumienie :(

    OdpowiedzUsuń
  3. mi nadal coś we "Więźniu.." zgrzyta i mimo pewnego podziwu dla pomysłu i, przyznaję, wciągającej fabuły jakoś nie sięgnęłam po tom drugi - jednak pierwszego (i tej myśli z tyłu głowy - dokąd teraz!?) też się jednak w sumie nie pozbyłam, więc może kiedyś...
    Sparks nie może liczyć nawet na tyle ;)
    klasyki mam sporo do nadrobienia, ale nie specjalnie ciągnie mnie akurat do Manna - mam wrażenie, że "Czarodziejska góra" wystarczy...
    a poza tym - nie mam czasu! czytam (wreszcie) "Pana Lodowego Ogrodu" i na ten moment to jest własnie moje 6/6 tej jesieni!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie o książkach. I jak się udał seans z 4 miesięczną Różą?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było super! Nie mamy w domu telewizji, więc jak zobaczyła film to najpierw 1,5 godziny oglądała jak zahipnotyzowana a potem zasnęła. ;) Na wszelki wypadek wybraliśmy seans w poniedziałek o 10 rano, żeby nikogo nie było, ale nawet nie było to konieczne.

      Usuń
  5. Oj co jak co, ale oniemiałam, kiedy przeczytałam, że byłaś z 4 miesiączną córką na seansie ? Czy obejrzałaś do końca ?????? bo buzia mi opadła hehe
    Ja muszę nadrobić książki, jakiś taki wstrętny leń mnie ogarnął.
    Pozdrawiam
    matkapolka89

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odpisałam juz wyżej, było bardzo dobrze! :) to była jedyna możliwość, żeby iść do kina. Nie zostawiłabym jej jeszcze takiej małej z nikim. :)

      Usuń
    2. My byliśmy z 6-miesięcznym Staszkiem na filmie Róża. Z Ursusem sprawa by chyba nie przeszła. Inna rzecz, że dziś już nie ma takich kin, w jakim wtedy byliśmy. A spytać chciałam o te stare książki z numerkami 1 i 2 w lewym górnym rogu. Bo wyglądają znajomo, ale być może takich jedynek i dwójek to są setki. Czy to David Copperfield? Czy to półka Dickensa? Czy czytałaś je wszystkie jako mała dziewczynka? [aluzja literacka oczywiście]

      Usuń
  6. Sparks jest strawny tylko w ekranizacjach. Niby się go da czytać, ale to literatura niskich lotów. O ile film "Pamiętnik" uwielbiam, to z książki pamiętam tylko tyle, że rozczarowała mnie jak diabli.

    Ja płaczę przy opowiadaniach z Wiedźmina. Ale nie sądzę, by to był typowy wyciskacz łez. Wyciska pewnie tylko moje. Bo mnie wzruszają tylko historie, z którymi się jakoś identyfikuję, a miłość Geralta i Yennefer to coś takiego.

    A ten cytat z Buddenbrooków mógłby wyjść również z moich ust.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie cała trylogia Więźnia Labiryntu niezwykle intryguje. Pamietnik Sparksa średnio mi sie spodobał.

    OdpowiedzUsuń
  8. A kiedy Ty czytasz te wszystkie ksiązki? Bo moja roczna córka śpi ostatnio tylko 1 h w ciągu dnia, a wieczorami, jak ona już zaśnie, to ja szykuje jakiś obiad na następny dzień, sprzątam, w necie nadrabiam blogi, kupuje potrzebne rzeczy, na książki zostaje bardzo mało czasu:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie czytanie nigdy nie było jakimś dodatkowym zajęciem na które byłby czas, kiedy uporam się ze wszystkim innym. To obowiązkowa czynność. W ciągu dnia nie ma czasu na takie spokojne, długie czytanie jak lubię. Róża już nie śpi niestety w ogóle, ale za to dużo się sama bawi, a ja wtedy siedzę obok i czytam. Często czytam na głos, potrafimy w tej symbiozie spędzić nawet kilka godzin. Sporo słucham też audiobooków, w łóżku, w samochodzie. :)
      Pomaga też pewnie to, że jestem beznadziejną panią domu; nie sprzątam i nie gotuję, najpierw odpoczywam, to zawsze mój priorytet. Nigdy nie poświęciłabym na to wieczoru. A jak nie zdążę z obowiązkami domowymi, to robi to mąż po powrocie z pracy. Wcale nie czuję się do tego zobligowana tylko dlatego, że więcej czasu spędzam w domu, też wykonuję bardzo ciężką pracę. :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...