wtorek, 31 marca 2015

O kilku filmach, którze rządziły w tym roku na Oscarach


Krucho u mnie w tym roku z filmami. Do tej pory wszystkie produkcje, które zdobyły kilka nominacji miałam obcykane i sama chętnie typowałam zwycięzców. Tym razem nie wiedziałam co i jak i dopiero w ciągu ostatnich dwóch tygodniu udało mi się nadrobić zaległości. Niektóre filmy, te których tematyka mnie nie zainteresowała, olałam zupełnie. Werdykt Akademii nie zawsze zgadzał się z moimi odczuciami.

Whiplash (reż. D. Chazelle)

Zaskakująco dobry film, zaskakująco mocno doceniony. Zauważyłam przykrą tendencję do nagradzania filmów, które poruszają jakiś ważny temat, opowiadają o znanej postaci albo wydarzeniu. Najlepiej więc jeśli będzie wojna, walki o prawa jakiejś mniejszości albo wspomnienie okrutnych losów tejże, ewentualnie jakaś dramatyczna i smutna historia obyczajowa. Whiplash tymczasem, to film, który nie porusza żadnego z powyższych tematów. To opowieść o perkusiście z nowojorskiego konserwatorium muzycznego oraz o dyrygencie orkiestry, do której należy. No i perkusja! Film okazał się dla mnie ważny także ze względu na nią. Być może niektórzy z Was wiedzą, ale przez wiele lat grałam na tym instrumencie i choć nigdy nie osiągnęłam nawet w połowie takiej sprawności jak Andrew – bohater filmu, to jednak co rusz tłumacząc mężowi „dlaczego tak?” i „ale po co?” poczułam się jak znawca. Przypomniały mi się dawne czasy, aspiracje. Wielki plus za przekreślenie popularnego stereotypu dotyczącego perkusji, jakoby był to instrument drugiej kategorii, zbyt prosty, aby trzeba było poświęcać mu więcej czas, typowy ratunek dla ludzi, którzy nie okazali się na tyle zdolni, żeby grać na fortepianie albo skrzypcach. Sama historia, choć w zasadzie prosta, trzyma w napięciu od początku do końca. Do tego naprawdę świetne zakończenie! To film o przełamywaniu swoich barier, o wytrwałości, o tym, żeby się nie poddawać i zawsze dążyć do celu. Rewelacja! No i genialny soundtrack, który rozbrzmiewa w moim domu od pewnego czasu nieprzerwanie.

The Theory of Everything 
(Teoria wszystkiego, reż. J. Marsh)

Kolejny świetny film! Nawet nie tyle historia życia Stephena Hawkinga, co raczej opowieść o jego związku z pierwszą żoną – Jane. Wzruszający (co zawsze na plus), interesujący, miły. Lubię takie filmy! Przesłanie nieco podobne do poprzedniego, a więc nie poddawaj się, nie trać nadziei. Do tego zasłużony Oscar dla Redmayne’a. No bardzo! Na fali nagłego skoku zainteresowania postacią genialnego fizyka wyciągnęłam niemal już zapomniane i od lat nieprzeczytane książki jego autorstwa. Teraz będą leżały na wierzchu, wciąż nieprzeczytane, aż pokryją się warstwą kurzu tak grubą, że będę musiała je z powrotem schować. Ach, to życie...



The Imitation Game
(Gra tajemnic, reż. M. Tyldum)


Z filmem miałam problem. Chciałam go obejrzeć, bo bardzo lubię... chciałoby się napisać Benedicta Cumberbatcha, ale tak naprawdę wiem o nim tylko tyle, co Pudel napisał, czyli że ogłosił swoje zaręczyny w gazecie. Uwielbiam oczywiście postać, którą stworzył w Sherlocku. Tak czy siak film chciałam zobaczyć ze względu na aktora. Tymczasem okrutny los dokoptował do niego najbrzydszą aktorkę świata, na której wydęty dziubek patrzeć nie mogę, to jest Keirę Knightley. Jakieś też tam głosy były, że antypolski, bo Polacy złamali Enigmę. Ja się tam jednak nie znam, co było, a nie jest, to wiecie i niech łamie kto chce. W końcu obejrzałam i trochę się rozczarowałam. Film jest zbyt mocno ozdobiony i już mówię o co mi chodzi. Na przykład sam początek i głos z offu: „Słuchasz uważnie? Cośtam, cośtam. Nie ty masz władzę. Cośtam. Nie przerywaj”. To było takie nadęte! I tak bardzo niepotrzebne. Te nadętości ujawniły się jeszcze kilkukrotnie. Może też czegoś nie zakumałam, ale pod koniec dalej nie wiedziałam kto włamał się do Turinga (no kto? ktoś wie?). I nawet ten wątek homoerotyczny, który dla mnie zawsze najlepszy jakiś taki jakby na siłę doczepiony, nierówno przycięty. Tak więc wszystko okej, niby nic, a jednak bez szału. 

 
Ida (reż. P. Pawlikowski)

Spuszczę na Idę zasłonę milczenia. To było tak nudne, że w międzyczasie ugotowałam zupę i nawet ją zjadłam. Nie poruszył (film, bo zupa była pyszna) i naprawdę nie dostrzegłam w nim niczego wyjątkowego. Typowa nagroda za Żyda i reminiscencje wojenne. Ale może się nie znam. I znów – że coś antypolskie? Że co? I tylko sympatia do Trzebuchowskiej została, bo kiedyś na paradzie równości w fajnym przebraniu latała. O! 








The Grand Budapest Hotel (reż. W. Anderson)

Kompletne przeciwieństwo „Idy”. Kadry po brzegi wypełnione szczegółami i szalona dynamika cechują ten niezwykły i trochę dziwny film. Do tego mistrzowski montaż, a jeśli pisze to osoba, która coś tak nieistotnego jak montaż (wybaczcie, moi akademiccy nauczyciele teorii i poetyki filmu!) ma zawsze, ale to zawsze w głębokim poważaniu, to naprawdę jest to coś. Kompozycja wielokrotnie szkatułkowa i liczne fabularne zwroty akcji sprawiają, że nie umiem dokładnie streścić opowiedzianej w filmie historii, ale nie dość, że jest to zupełnie bez znaczenia, to jeszcze próba takiego opisu zajęłaby wiele miejsca i czasu. Groteska i hiperbolizacja zachwycają. To trochę tak, jakby Almodóvar spotkał grupę Monty Pythona, choć pewnie znawcy kina wyśmieją to skojarzenie. No i ta plejada gwiazd! Aż nie wiadomo na kogo patrzeć. Chociaż „Whiplash” wywarł na mnie nieco większe wrażenie, to chyba właśnie „Grand Budapest Hotel” określiłabym w tym roku mianem najlepszego. 

 
Birdman (reż. A. González Iñárritu)


Film z kategorii „dziwne”, ale dziwny zupełnie inaczej niż na przykład „Grand Budapest Hotel”. Ten typ można albo kochać albo nienawidzić. „Ten typ” czyli urojenia bohatera przenikające do rzeczywistości, głosy w głowie, rozmycie tego co rzeczywiste i co wymyślone, bardzo silny autotematyzm (twórczość, aktorstwo). Do tego charakterystyczna i mogąca wkurzać praca kamery (bez cięć, „z ręki”). Zawsze to wszystko mocno przedobrzone. Na początku bardzo chciałam wyłączyć to dziadostwo i nawet wyłączyłam, tylko po to, żeby następnego dnia z poczucia obowiązku włączyć ponownie. Myślałam, że nie przebrnę. W końcu przestałam bez przerwy w swej własnej głowie zawodzić jakie to bzdury oglądam i jakoś się potoczyło, bywało nawet zabawnie. Po skończonym sensie jakaś taka cisza zaległa między mną a Robertem (mężem moim, którego odczucia co do filmu ewoluowały bardzo podobnie; poza tym cisza była i tak, no bo po co gadać, jak się film ogląda, ale napisałam tak dla wzmocnienia efektu) i stwierdziliśmy, że to był naprawdę dobry film (choć okropne ostatnie ujęcie w postaci obrzydliwych, wyłupiastych oczu Emmy Stone naprawdę nie pomaga w dojściu do takiego wniosku). Dalej jednak: dobry, niezły to najlepsze oceny, które mogę dać produkcji uznanej przez Akademię za najlepszy film ubiegłego roku. Do arcydzieła mu daleko, a szkoda, bo liczyłam na coś w stylu „Amores perros” i „Babel”, które uwielbiam.


Boyhood (reż. R. Linklater)

Gdybym miałam opisać ten film jednym słowem, to byłby to przymiotnik „amerykański”. To historia dorastania chłopaka z rozbitej, niezbyt zamożnej amerykańskiej rodziny. Są też amerykańskie bary, mecze, szkoły, zwyczaje, ludzie i ta niepowtarzalna amerykańska atmosfera, która jednych zachwyca, a mnie nie rajcuje wcale. Film w zasadzie mi sie podobał, zwłaszcza do pewnego etapu. Odnalazłam w nim coś, co moja ulubiona blogerka – Cytrynna i Jej Mąż, którego pozdrawiam, nazywają „dziećmi w naszym wieku”. Otóż Mason dorastał dokładnie w tych czasach, w których dorastałam ja i nawet różnice narodowościowe nie mogły niektórych podobieństw między nami zatrzeć. Szczególnie urzekło mnie nocne oczekiwanie na kolejny tom Harry’ego Pottera. Z czasem jednak film stawał się męczący. Sam Mason jako nastolatek i jego wpadające do oczu włosy irytowały mnie do granic możliwości. Ciągnący się przez niemal trzy pełne godziny film, który był w zasadzie o niczym, też nie pomagał. Każdą kolejną scenę pragnęłam zobaczyć jako ostatnią, a fakt, że za nią była następna wprawiał mnie w naprawdę zły humor, bo ciągnęło się to wszystko za długo, za nudno i całkiem niepotrzebnie. Szkoda, bo gdyby to skrócić, a drugiej połowie, na wzór pierwszej, dodać nieco dynamiki –  byłoby naprawdę dobrze. Ciekawostką jest, że film był kręcony przez dwanaście lat i zobaczyć możemy jak faktycznie zmieniał się wygląd poszczególnych bohaterów.

Gone Girl
(Zaginiona dziewczyna, reż. D. Fincher)

O książce pisałam jakiś czas temu TUTAJ. Ten niemal trzygodzinny film ogląda się z całkowitą nieświadomością upływającego czasu (czyli zupełnie inaczej niż „Boyhood”). Jest wciągający, intrygujący, fajnie zrobiony i nie razi złym stylem tak, jak to miało miejsce w przypadku powieści. Dobra, kryminalna historia. 








Still Alice
(Motyl, reż. R. Glatzer, W. Westmoreland)


Cóż... Stojący na półce od kilku lat „Motyl” Lisy Genovy wciąż nieprzeczytany, nad czym pozostaje mi tylko ubolewać i nadrobić tę rażącą niedbałość jak najszybciej. „Still Alice” to fascynująca i wzruszająca historia kobiety chorej na Alzheimera. Film pozostawia widza w stanie ponurym i depresyjnym, a to, w moim mniemaniu, zawsze o filmie świadczy dobrze. Kiedy najgorsze rozwiązanie okazuje się być najlepszym, ale nawet to się nie udaje, wtedy tragizm jest już przytłaczający. Oscar dla Moore niech tam będzie, chociaż według mnie nie była to jakaś wybitna kreacja. Z drugiej jednak strony wśród obejrzanych filmów nie znalazłam żadnej lepszej. Słaby rok dla kobiecego aktorstwa. Ciekawostka! W filmie gra też Bella ze „Zmierzchu”, która (surprise, surprise!) bez przerwy robi miny zupełnie jak Bella! :) 

***


To by było na tyle, powinnam zrobić jakiś uaktualniony post z serialami, które w ostatnich miesiącach obejrzałam, bo jak sobie przejrzałam ten sprzed dwóch lat (który swoją drogą bije rekordy popularności w moich statystykach), to aż mi się włosy zjeżyły na głowie i wstyd zarumienił policzki. Ale to niestety reakcja na większość starych postów, dlatego ich nie tykam i udaję, że nie istnieją. :)  

A jak tam Wasze filmowe zaległości? Podobają się Wam tegoroczni zwycięzcy czy może rozdalibyście Oscary zupełnie inaczej?
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...