czwartek, 11 lutego 2016

Wspomnienia z pierwszego porodu


Od mojego pierwszego porodu minęły niemal dwa lata, a ja ciągle pamiętam każdą jego chwilę. Było znacznie gorzej niż zakładałam, na dodatek nie wszystko poszło tak, jak pójść miało. Mimo wszystko wspominam to wydarzenie jako ważne oraz doniosłe i w ostatecznym rozrachunku – potrzebne; nie żałuję, że przez nie przeszłam.

Termin miałam na 18 kwietnia i kiedy dokładnie tego dnia nic się nie wydarzyło – byłam bardzo rozczarowana. Nie umiałam po prostu cierpliwie czekać, relaksować się, cieszyć ostatnimi dniami swobody. Ja chciałam swoje dziecko już, teraz, natychmiast i nic mnie nie obchodziło, że to może potrwać jeszcze trochę czasu. Chodziłam jak nakręcona, byłam zdenerwowana, nie mogłam się na niczym skupić. 23 kwietnia udałam się do szpitala na próbę oksytocynową. W kroplówce podana mi została pewna dawka oksytocyny, która miała zapoczątkować skurcze porodowe, jeżeli organizm okaże się na nie gotowy. Skurcze się pojawiły, ale daleko im było do porodowych. Były delikatne, bezbolesne, ale regularne, pojawiały się co 10-15 minut. Zrezygnowana pojechałam do domu. Na tym się jednak nie skończyło. Była dokładnie 21:00, kiedy tuż po kolejnej dawce oksytocyny, tym razem w formie naturalnej, skurcze zaczęły pojawiać się częściej (co 4-5 minut), stały się dłuższe i bolesne. Dziś, z perspektywy czasu i doświadczenia, nie nazwałabym ich bolesnymi (tym razem moje przepowiadające bolą bardziej), wtedy jednak wyraźnie różniły się od dotychczasowych i choć nie skręcałam się jeszcze z bólu, to sprawiały mi duży dyskomfort. Wiedziałam, że to już TO. Przeprowadziłam oczywiście wszystkie testy eliminujące złudną nadzieję – wzięłam ciepły prysznic, łyknęłam solidną porcję Nospy, ale skurcze jedynie przybrały na sile. Nie wiedziałam co robić. Na szkole rodzenia uczyli nas przecież, że poród jest długi, że nie należy przyjeżdżać do szpitala tuż po pierwszych skurczach, że to wszystko musi potrwać. Wszystkie źródła, z jakimi miałam kontakt, przekonywały jednak, że pierwsze skurcze pojawiać się będą rzadko (nie częściej niż co 10 minut). Co zatem sądzić o moich? Nie były bardzo regularne, ale trwały długo (około 30 sekund) i nie pojawiały się rzadziej niż co 5 minut, niektóre przerwy zaś (dokładne amplitudy mierzyłam minutnikiem do jajek) wynosiły zaledwie 3 minuty! Doliczyć należało też te dziwne niby-skurcze, które utrzymywały się przez cały dzień. Do mamy nie mogłam się dodzwonić, wraz z mężem postanowiliśmy więc, że jedziemy do szpitala (oddalonego w końcu o dobre 50 kilometrów). Skoro skurcze pojawiają się co 3 minuty, to ani się obejrzę, jak zamienią się w parte i jeszcze urodzę po drodze. Jak bardo się myliłam!

Do szpitala dotarliśmy tuż przed północą, uśmiechnięta zakomunikowałam położnej, że przyjechałam rodzić, na co ona z powątpiewaniem stwierdziła, że chyba jednak nie. Ja jednak byłam pewna: częste i w miarę regularne skurcze, stale przybierające na sile (wówczas określałam je już jako bardzo bolesne, hahahaha); spodziewałam się już jakichś 7 centymetrów rozwarcia. Jak wielkie było moje zdziwienie i rozczarowanie, kiedy badanie wykazało, że oto dorobiłam się rozwarcia na opuszek palca („i to taki nieduży”) i że minie jeszcze wiele godzin zanim naprawdę urodzę. Dostałam pokój, w którym zakwaterowałam się wraz z mężem, mieliśmy czekać.

Do samego końca wszystko było nie tak, jak powinno. Nie wiem, czy wynikało to z jakichś moich fizycznych uwarunkowań, czy też winić należy tę niepotrzebną próbę oksytocynową. Skurcze cały czas były częste i dopiero na koniec porodu ich częstotliwość się zwiększyła. Nie zaznałam tego, co opisuje się w każdym poradniku, czyli coraz krótszych przerw między nimi. Nawet w spojrzeniach położnych widziałam pewne niedowierzanie, jakbym gadała głupoty. Jedyne, co się zmieniało, to bolesność skurczy. Coś, co jeszcze przed chwilą było moim „bardzo”, co chwilę ustępować musiało nowym, nieznanym mi dotąd skalom bólu.

Noc była ciężka, o śnie nie było mowy. Po kilku godzinach zaproponowano mi Dolargan (petydyna – narkotyczny lek z rodziny opiatów). Nie złagodził bólu, ale otumanił mnie i sprawił, że zrobiłam się senna. Udało mi się zasypiać między skurczami. Każdy kolejny budził mnie, a ja wiłam się z bólu. Kiedy jednak ustępował – zasypiałam na kolejne minuty. Nad ranem obudziłam się stosunkowo wypoczęta; dobrnęłam do czterech centymetrów!   

Rozwarcie posuwało się bardzo powoli. O podręcznikowym jednym centymetrze na godzinę mogłam jedynie pomarzyć. Ból, który mi towarzyszył był nie do opisania. Wiem, że kobiety podchodzą do niego różnie, bywają takie, które skarżą się dopiero pod koniec porodu. Ja należę do osób z bardzo niską odpornością na ból; nie jestem w stanie używać depilatora, wrzeszczę przy pobieraniu krwi. Dlaczego nie wzięłam znieczulenia? – zapytacie. W moim szpitalu podawane jest ono każdej rodzącej na życzenie. Nie chciałam. Bynajmniej nie chodziło mi o heroizm, o potrzebę doświadczenia porodowego bólu jako koniecznego rytuału przejścia, które miało ze mnie uczynić „prawdziwą matkę”. Ja po prostu bałam się tego, że znieczulenie zahamuje postęp porodu. Że, w najlepszym przypadku, przeciągnie się on o kilka dodatkowych godzin (byłam już bardzo zmęczona, jedyne czego chciałam to końca) lub, w najgorszym, że całkiem wyhamuje skurcze pozbawiając mnie możliwości porodu naturalnego. Ja natomiast z całą mocą wiedziałam jedno: chcę rodzić naturalnie, chcę przytulić moje dziecko najszybciej jak to możliwe, chcę być przy nim nieustannie, chcę kontaktu skóra do skóry, chcę karmić je piersią od samego początku. Cesarki w ogóle nie brałam pod uwagę i wszelkie metody, które mogłyby mnie do niej przybliżyć traktowałam nieufnie. Pamiętam, że miałam chwilę słabości. Czekałam na piaty, a może szósty centymetr, czekałam na niego już trzecią godzinę. W swoim prywatnym rankingu doznawałam skrajnego bólu, którego nie uda mi się przekroczyć. Wrzeszczałam pod prysznicem, chciałam znieczulenie. Przyszedł anestezjolog, wszystko miał przygotowane, ja jednak wtedy zrezygnowałam, przez chwilę było łatwiej. Znów powiedziałam sobie, że dam radę, mówiono mi, że teraz pójdzie już szybciej. Swojej decyzji pożałowałam bardzo szybko, ale głupio mi było znowu zawracać głowę lekarzowi.

Nie pozostałam w czasie porodu aktywna. Nie chodziłam po korytarzu, nie skakałam na piłce. Może to błąd? Może należało się zmusić? Nie mogłam. Wolałam położyć się na łóżku, zwinąć w kłębek i w ten sposób przeczekać skurcz, to było jedyna metoda, żeby jakoś to przetrwać. Wstawałam jedynie po to, żeby stanąć pod prysznicem. Ciepła woda zdawała się łagodzić ból, chociaż niewiele. Tak naprawdę nikogo nie potrzebowałam. Cały czas był ze mną mąż i jego towarzystwo dodawało mi otuchy, jednak w żaden sposób nie mógł mi pomóc. Doznawałam takiego fizycznego cierpienia, że każdy dodatkowy bodziec sprawiał mi dyskomfort. Nie mogłam znieść dotyku, nawet muśnięcie palcem odczuwałam jak liźnięcie ognia. Nie mogłam trzymać męża za rękę, bo przynosiło to efekt przeciwny do zamierzonego, żaden masaż nie wchodził w grę. Kiedy ktoś mnie przypadkiem dotknął obrzucany został jedynie wyzwiskami. Niefarmakologiczne metody łagodzenia bólu? Litości! Komuś to naprawdę pomaga? Ulubiona muzyka, pozytywne myślenie, oddechy – wszystko to znajdowało się poza zakresem mojego zainteresowania, mogłoby nie istnieć. Gaz rozweselający wysuszył mi tylko śluzówkę nosa, pozostawiając w wyjątkowo niewesołym nastroju.

Choć myślałam, że to niemożliwe – było coraz gorzej. Nadejście każdego skurczu wprawiało mnie w panikę. Gdzieś po drodze przebito mi pęcherz płodowy, który do tej pory nie pękł sam. Leżałam skulona na łóżku, niewiele do mnie docierało, ból odbierał mi świadomość. Dobrnęłam do ośmiu centymetrów, kiedy uznałam, że nie interesują mnie pilne sprawy anestezjologa i znowu poprosiłam o znieczulenie, ale było już za późno. Znowu zaproponowano mi Dolargan, który miał złagodzić ból, a ja, chwytająca się już każdej możliwości – zgodziłam się. To był błąd, okropny błąd, którego żałuję do dzisiaj. Lek nie zadziałał przeciwbólowo, w najmniejszym nawet stopniu nie przyniósł ulgi. Wprowadził mnie jedynie w narkotyczny trans doszczętnie już pozbawiając kontroli nad świadomością. Wszystkie głosy i polecenia dobiegały jak zza grubej ściany, ruchy wydawały się opóźnione, a ja sama musiałam się bardzo skupiać, aby wykonać najprostszą nawet czynność. Bardzo się męczyłam i chociaż z czasem było coraz lepiej, to tak naprawdę jeszcze po porodzie odczuwałam skutki działania petydyny.

Było już dziewięć centymetrów, dziewięć i pół. Wtedy wszystko się zatrzymało. Potężne skurcze nie potrafiły doprowadzić rozwarcia do końca. Czekaliśmy długo, ale dodatkowe milimetry nie przychodziły. Dziecko, z głową większą niż zakładały normy, źle wstawiło się w kanał rodny. Kazano mi przeć (sama nie doświadczyłam czegoś takiego jak potrzeba parcia), istniała szansa, że głowa jednak przejdzie, że wszystko ruszy z powrotem. Niestety, nie ruszyło. Na konsultację wezwano innego lekarza, który miał obiektywnie potwierdzić stan, w którym się znalazłam. Zdecydowano, że niezbędne jest cesarskie cięcie.

Informacja o cesarce dotarła do mnie, jak wszystko, z niewielkim opóźnieniem. Przez chwilę przetrawiałam ją w głowie nie bardzo rozumiejąc sytuację w której właśnie się znalazłam. W końcu jednak zrozumiałam, a świadomość ta była dla mnie jak podcięcie nóg. Nigdy w życiu nie poczułam takiego rozczarowania. To była bezsilność, poczucie zmarnowanego czasu i wysiłku. Ten wielki trud, który przeszłam, ponad osiemnaście godzin bólu i cierpienia, w jednej chwili okazały się nie mieć żadnego znaczenia, podjęte zostały na próżno. W ciągu kilku minut przeszłam przez zaprzeczenie i gniew („nie ma mowy, nie podpiszę zgody, wtedy nie będziecie mogli zrobić cięcia”), negocjacje („a nie możemy jeszcze poczekać? a jeśli poda się oksytocynę, to rozwarcie nie ruszy?”), aż po depresję. Na akceptację musiałam poczekać znacznie dłużej. To było tak, jakby wszystko straciło sens; przecież nie tak miało być. Jako osoba planująca i mająca ustalone zawsze wszystkie szczegóły nie potrafiłam sobie wyobrazić co teraz będzie, nie wiedziałam co się będzie działo, bo wcześniej nie dowiadywałam się nawet jak wygląda procedura w przypadku zabiegu, bardzo się bałam. Zaczęłam być zła na własne ciało, które nie dało rady, a które nadal próbuje (skurcze bynajmniej nie stały się lżejsze, ale o ile wcześniej do czegoś prowadziły, teraz były zupełnie zbędne).

Wszystko działo się bardzo szybko. Cewnik, podpisywanie dokumentów; zgoda na operację, upoważnienie do przekazania dokumentacji w przypadku mojego zgonu. Czy Robert może być przy mnie? Na sali operacyjnej nie, ale będzie za szybą, tuż obok, od razu będzie miał kontakt z dzieckiem. Kazali mu się przebrać i umyć, zostałam sama. Nie byłam już w stanie się podnieść, przeniesiono mnie na łóżko, na którym miałam pojechać na blok. Przygotowania do operacji okazały się bardzo długie, przynajmniej z mojej perspektywy. Ten czas wspominam najgorzej. Nie było już przy mnie nikogo bliskiego, a skurcze były tak silne i długie, że w zasadzie nie było pomiędzy nimi przerw. Leżałam, darłam się, płakałam i, w tamtym momencie, chciałam umrzeć.

Podróży na chirurgię nie pamiętam wcale. Tuż przed salą operacyjną zobaczyłam twarz męża wystającą znad fizelinowego fartucha. Robert był blady i przerażony chyba jeszcze bardziej niż ja. Pamiętam też wkłuwanie igły w okolicach nerek, które tak bardzo, bardzo bolało, a które trzeba było powtórzyć, bo zbyt mocno się trzęsłam. A potem ulga.

Leżąc na stole operacyjnym czułam się bardzo osamotniona i pozbawiona kontroli. Niemal cały widok zasłaniała mi rozwieszona na wysokości piersi płachta. Wystawały zza niej dziesiątki rurek doprowadzających i odprowadzających z mojego ciała najróżniejsze substancje. Widziałam męża za szybą, ale niezbyt wyraźnie. Było mi bardzo zimno. Niesamowite, co medycyna potrafi wymyślić. Znieczulenie, które dostałam sprawiło, że nie czułam bólu, wyraźnie jednak czułam dotyk na skórze. W czasie cesarki dziecko zostaje z brzucha... wyciśnięte. Naciskano więc na mój brzuch i żołądek, a ja byłam pewna, że za chwilę zwymiotuję. W końcu wszystko ustało i usłyszałam krzyk, krzyk mojego dziecka. Zobaczyłam czubek kudłatej głowy i ucieszyłam się, że ma włoski. Małe ciałko na chwilę znalazło się w okolicy mojej twarzy, ale niewiele zarejestrowałam, potem wynieśli je z sali. Róża urodziła się o 15:55, dziewiętnaście godzin po rozpoczęciu akcji porodowej.

Ustąpienie bólu sprawiło, że czułam się stosunkowo dobrze. Spokojna i pogodzona z losem nie myślałam o tym co się dzieje. Teraz jednak napłynęła nowa fala żalu. Jedyne czego pragnęłam to być przy dziecku. Uświadomiłam sobie, że to wszystko o czym marzyłam i co sobie wyobrażałam nie nastąpi. Któraś z pielęgniarek powiedziała mi, że dziecko dostało 10 punktów i że jest już z tatą, co bardzo wiele dla mnie znaczyło. Pół godziny później, pozszywana i w jednym kawałku przewieziona zostałam do pokoju. Dokładnie pamiętam moment, kiedy tam wjechałam. Zadarłam głowę, żeby jak najszybciej zobaczyć Różę. Leżała w przezroczystym, szpitalnym łóżeczku. Nie spała, patrzyła prosto na mnie. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Wydała mi się wtedy taka piękna, taka idealna! Potem spojrzeliśmy na siebie z Robertem i tym jednym spojrzeniem wyraziliśmy cały stres, przerażenie, a wreszcie ulgę. Zaczęliśmy płakać, padliśmy sobie w ramiona. Nigdy w życiu nie byłam taka wzruszona i nigdy nie kochałam mojego męża tak mocno jak wtedy. Wkrótce przeniesiono mnie na łóżko, podano córeczkę, przystawiono ją do piersi. Wszystko było tak, jak być powinno.

Po cesarce najgorszym problemem było unieruchomienie. Najpierw nie pozwalano mi się ruszyć, a jak już pozwolono, to ból był tak silny, że nie miałam na to ochoty. Nie mogłam wstawać do córki, aby wyciągnąć ją z łóżeczka, nie mogłam jej przewinąć ani przebrać. Cały czas był ze mną mąż, który wykonywał te wszystkie czynności, towarzyszył położnej, żeby nauczyć się jak kąpie się dziecko. W nocy nosił ją i pomagał mi się przekręcać z boku na bok, abym na leżąco mogła ją karmić. Myślę, że ta pomoc i nieustanna obecność męża, który każdego dnia wyjeżdżał tylko na chwilę, aby nakarmić psa i przygotować zjadliwe posiłki dla mnie, sprawił, że nie doczekałam się poporodowej depresji; szybko zaakceptowałam nową sytuację i nawet odzyskałam dobry humor. Nie wiem co zrobiłabym bez obecności drugiej osoby. Co robią inne kobiety, które muszą po cesarce zostać same? Zapewne mogłabym co pół godziny wzywać położną i prosić ją o wykonanie potrzebnych czynności, ale nie czułabym się z tym komfortowo i zapewne dobry humor by mi nie dopisywał.

Sam pobyt w szpitalu wspominam dobrze. Powiedzmy sobie szczerze: jeśli jest się córką pani ginekolog w szpitalu pracującej – nie można czuć się źle. Dostaje się izolatkę z własną łazienką, przypominającą raczej pokój hotelowy niż salę szpitalną. Można w tej izolatce trzymać męża poza godzinami odwiedzin, także w nocy, aby pomagał, doglądał, pocieszał. Nie słyszy się pod swoim adresem żadnych kąśliwych uwag, a jedyne, czego się doświadcza to zaciekawione spojrzenia wszystkich znajdujących się na oddziale położnych i salowych, które wchodzą ot tak, pod byle pretekstem, aby podziwiać, chwalić i komplementować dziecko nasze wyczekane, choć przecież noworodek ten wygląda jak rozgotowany kartofel. Pomimo jednak uprzywilejowanej sytuacji mój szpital – Szpital Powiatowy w Chełmży – cieszy się dobrymi opiniami. Swego czasu, w organizowanym przez Fundację Rodzić po Ludzku ogólnopolskim rankingu oddziałów położniczych – zajął trzecie miejsce! Wciąż chwalony jest za bardzo przyjazne podejście do rodzących, poradnictwo laktacyjne i opiekę poporodową (system rooming-in, brak sugestii o sztucznym dokarmianiu). Wybierany jest przez wiele ciężarnych z Torunia, którym zależy na kameralnej atmosferze małego oddziału i na indywidualnym potraktowaniu ich potrzeb. Szpital w Chełmży wybieram także teraz.

Wspomnieć też muszę o samym prowadzeniu porodu. Na świat przyjęła bowiem Różę jej babcia. Istnieje wiele plusów i minusów takiego rozwiązania. Ja jednak chciałam, aby tak się stało. Cieszyłam się, że moja mama nad wszystkim czuwa, że jest w pobliżu. Ufałam jej decyzjom i wiedziałam, że nie zignoruje mojej setnej prośby albo pytania, ale zrobi wszystko, aby zapewnić mi taki poród, o jakim marzę. Większego wyboru poza tym nie miałam. Trafiłam akurat na jej dyżur, a ponieważ chełmżyński oddział nie jest duży, dyżuruje na nim zawsze tylko jeden lekarz. :) Tym razem mama też prowadzi moją ciążę i w razie potrzeby jak najszybciej przyjedzie do szpitala, aby trzymać nade mną pieczę.

Plany na zbliżający się poród? Przede wszystkim: urodzić naturalnie. Być może znów robię sobie krzywdę, znów planuję zbyt mocno, ale nie dopuszczam do siebie myśli, że tym razem miałoby się nie udać. O terminie porodu zadecyduje dziecko; nie będzie żadnego przyspieszania i chcenia, no chyba że będzie już sporo po terminie i sytuacja będzie tego wymagać. Wciąż wierzę, że gdyby za pierwszym razem wszystko potoczyło się zgodnie z planem natury, bez sztucznego przyspieszania, to może wypadki rozegrałyby się inaczej. W trakcie porodu postaram się więcej ruszać. Co ze znieczuleniem? Nie wiem. Podobno drugi poród jest szybszy i na to liczę. Pod względem fizjologicznym za pierwszym razem doszłam prawie do końca i szyjka przeszła już swój chrzest bojowy. Jeśli sytuacja będzie taka sama, jeśli wszystko ciągnąć się będzie w nieskończoność i na każdy centymetr czekać będę kilka godzin – biorę znieczulenie bez chwili wahania. Jeśli jednak do szpitala dotrę z porządnym rozwarciem i wszystko będzie szło sprawniej niż poprzednio – zapewne zrezygnuję. Wcale nie jest tak, że po zobaczeniu swojego ślicznego, małego dziecka zapomina się o całym bólu i wszystkich niedogodnościach. Ból przestał mieć znaczenie, ale wszystko pamiętam bardzo dobrze, każdą minutę tego nieprzyjemnego wydarzenia, każdą myśl przebiegającą mi przez głowę. Ból był nie do zniesienia, ale jednak jakoś go zniosłam. Co więcej, nie wspominam porodu jako traumy padającej cieniem na całe moje życie Wiem, że niektóre kobiety tak mają, trudno mi nawet sobie wyobrazić przez co musiały przejść. Mnie ominął paniczny strach przed kolejnym porodem, a niepowodzenie i pewne poczucie niedokończonej misji sprawiło, że już następnego dnia wiedziałam jak będzie następnym razem i czego uda mi się dokonać. Wiem, że się uda! 


Koniecznie przeczytaj też:



24 komentarze :

  1. Popłakałam się czytając Twoje wspomnienia. U mnie było bardzo podobnie, tylko postęp porodu zatrzymał się jeszcze wcześniej. Bardzo dotkliwie to przeżyłam, bo też długo rodziłam. Ciekawa byłam właśnie co zamierzasz zrobić teraz, czy sn czy znowu cc. Trzymam kciuki, żeby się udało!
    Pozdrawiam, A.

    OdpowiedzUsuń
  2. Trzymam kciuki z całej siły!

    OdpowiedzUsuń
  3. Naprawdę wszystko pamiętasz? Ja ostatnią część na sali porodowej pamiętam przez mgłę, gdy robiono mi znieczulenie ZZO (swoją drogą fajna sprawa, pomogło pozbyć się bólu związanego ze skurczami , ale parcie czułam wyraźnie i nie byłam otumaniona) i kiedy wyciągnięto moją córkę. Nawet nie pamiętam twarzy położnej czy tego co mówiłam ... A to było raptem dwa miesiące temu! Mimo, że porod koniec końców obszedł się ze mną delikatnie, zero nacięć czy pęknięć, jest on dla mnie traumatycznym wydarzeniem, bo nie wiedziałam, że to TAKI ból. Podziwiam kobiety, które przeszły porod z komplikacjami (również Ciebie!), a mimo wszystko zdecydowały się na kolejne dziecko. Powodzenia! /Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pragnienie posiadania kolejnego dziecka jest po prostu gigantyczne. Poza tym to dziwne, bo wielu rzeczy się boję, ale akurat porodu jakoś nie.
      Ból... tak! Ja nawet nie zdawałam sobie sprawy, że taki ból może istnieć.

      Usuń
  4. przeczytałam jak najbardziej wciągający kryminał i wzruszyłam na maksa! Ech, i że pamiętasz to jakby było wczoraj... czytając miałam tylko jedną myśl w głowie, że przy całej tej tragedii bólu miałaś nieopisane szczęście jeśli chodzi o traktowanie i warunki do porodu, dopiero potem dobrnęłam do wyjaśnienia "dlaczego".
    Mam nadzieję, że tym razem będzie naturalnie. Na pewno gorzej już być nie może, więc z pewnością będzie LEPIEJ! Trzymaj się :)


    https://tenmalywielkiczlowiek.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to może być jeszcze wiele gorszych rzeczy z pęknięciem macicy włącznie, ale jestem dobrej mysli! ;) Dzięki!   

      Usuń
  5. Ojej, to jakbym czytała o swoim porodzie. Mnie bolesne skurcze przepowiadające zaczęły się już 2 dni wcześniej. Tak samo brak postępu porodu i po 16 godzinach skończyło się cesarką. A tak bardzo chciałam urodzić naturalnie! Ale wiesz, podziwiam Cię że mimo tych wszystkich przejść drugi raz chcesz rodzić siłami natury. Chciałabym mieć kiedyś drugie dziecko, ale tylko i wyłącznie przez cc, nie dałabym rady znowu przez to wszystko przechodzić. Trzymam kciuki za Ciebie i Maleństwo! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. literaturkaodkangurka.blogspot.com

      Usuń
    2. Ja właśnie to, co najgorzej wspominam to nawet nie sam ból, ale właśnie wszystko to, co związane z cc. Też bym wolała przez to nie przechodzić, ale dopóki wszystko się rozwija i prowadzi do upragnionego celu - jest dobrze. Poza tym ja tak bym chciała mieć jeszcze jedno dziecko, a im więcej cesarek tym zagrożenie ciąży coraz większe.

      Usuń
  6. Czytając Twoją historię wróciłam do wspomnień z mojego porodu. Do ideału bardzo dużo mu brakowało, a mimo to chce wielodzietną rodzinkę.
    Życzę Ci z całego serca, żeby ten drugi raz był taki jak zaplanowałaś. Bez pośpiechu i ze szczęśliwym zakończeniem :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem taka płytka, że chociaż wzruszam się i wypuszczam łezki czytając o Twoim porodzie, to jednocześnie myślę o tym, że skoro uzewnętrzniasz się tak bardzo, to zupełnie nie rozumiem dlaczego nie pokażesz (nam) biblioteki. Czy dzięki mamie ominęło Cię choć trochę biurokracji? U mnie drugi poród ciut lepiej ale przy pierwszym to położna głównie pytała o dane do tabelek a ja głównie odpowiadałam zamiast rodzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D nad biblioteką dumam, serio! Ja za to czekam na wpis o sobie! :)
      Były tabelki, ale już jak leżałam z oksytocyną, wiec przy porodzie już nie musiałam. Ale to może być dobry sposób na odstresowanie i odwrócenie myśli!

      Usuń
  8. Mój poród przebiegał również bardzo podobnie. Drugie na pewno urodze jednak cesarskim cięciem. Nie będę narażać juz swojego zdrowia drugim ciężkim porodem który i tAK skończy się pewnie cesarka. Wydaje mi się ze oksytocyna czy inne czynniki nie zmieniłyby Twojego porodu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę to kolejna cesarka jest dużo większym obciążeniem dla organizmu niż poród naturalny, stanowi też spore zagrożenie, jeśli planuje się kolejne ciąże. Dla mnie sn to po prostu coś, o czym marzę, ale doskonale rozumiem Twoje podejście i obawy związane z kolejnym naturalnym porodem.

      Usuń
  9. Życzę Ci aby ten drugi raz poszedł tak jak sobie zaplanujesz.
    Dla mnie poród to najpiękniejsza chwila w życiu. Przynajmniej przez pół roku po miałam go przed oczami jak tylko popadałam w zadumę. Oczywiście w sensie pozytywnym. Nie mam traumatycznych wspomnień, udało mi się urodzić naturalnie choć lekarz kilka razy chciał robić cesarkę ze względu na brak postępu i poprzeczne ułożenie. Na szczęście była przy mnie ciocia położna i zwiększyła dawki oksytocyny. Lekarz dal mi 20 minut na "rozkręcenie się" na szczęście oksytocyna zadziałała skurcze wróciły ( nie miałam problemu z rozszerzanuem szyjki tylko z tym że skurcze całkowicie zanikały, ból tez i nic np na 6 cm się nie działo, nic,nic, nawet na ktg nic). Jak pękł pęcherz to główka dobrze sie ułożyła, oksyrocyna wznowiła akcję i było książkowo :-) traumatycznie to ja wspominam pierwszy i drugi dzien po. Mimo cioci połoznej, maz mogl byc tyljo na czas odwiedzin a ja byłam zmęczona i wcale nie chciałam by córka byla ze mną cały czas. Pielegniarkom tez sie nie chciało, jedna mnie skrzyczała że albo nakarmie dziecko porzadnie by nie wrzeszczało, bo jak ma jej nie spac i wrzeszczec to ona nie zabiera. Z karmieniem tez kiepsko, jedna pokazała a mi sie potem nie udawało. Chodziłam zawzięcie kilka razy do dyzurek by mi orzystawily, przystawiały ale tez niewybredne teksty uslyszałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O dziwo, dla mnie to też jedna z najpiękniejszych chwil, zwłaszcza pierwsze spotkanie z córką. Chociaż bardzo chciałabym cały poród wspominać dobrze, żeby było tak, jak sobie wymarzyłam.
      Zachowanie personelu - masakra! Wiem jednak że to ciągle porodówkowa codzienność. :(

      Usuń
  10. Dlatego właśnie wolałabym zmienić płeć niż urodzić dziecko - po cholerę kobiety się na to decydują?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, no bez przesady! Fakt, głupio to wszystko wymyślone, mogłoby być przecież łatwiej, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie większego szczęścia niż urodzenie własnego dziecka. I nawet jeśli drogą do tego jest beznadziejna ciąża i niemal doba zwijania się w spazmach bólu (chociaż sama jestem sobie winna, bo trzeba było brać zewnątrzoponowe), to nadal uważam, że warto!

      Usuń
    2. Ja wielokrotnie słyszałam w ciąży, że poród to pestka schody zaczynają się później i rzeczywiście jakbym teraz miała być w ciąży to mimo tego że każdy poród jest inny i wszystko może się zdarzyć to nie bałabym się porodu tylko tego jakie będzie dziecko i nie chodzi o to czy da się wyspać tylko o to czy będzie chorowite. To dla mnie jest najgorsze w tym całym macierzyństwie. Boję się myśleć że teraz np. Dwoje dzień na raz będzie chorować, jest się wtedy takim bezsilnym. Ja osobiście często wtedy wpadam w panikę a każde kolejne zapalenie ucha (ma uczulenie na antybiotyki) itp sprawia, że martwię się o nią jak i nikogo na świecie. W tym macierzyństwie to się myślenie zmienia i głowa nigdy nie odpoczywa a bóle porodowe to przy tym pikuś. Ja po 10 h porodu usłyszałam że anestezjolog idzie do domu ( mały szpital nie ma na stałe) więc albo biorę znieczulenie teraz albo go już niedostanę. Wzięłam i to działa. Można bez bólu w dzisiejszych czasach. Po 1,5 godzinie była już Ala 😊

      Usuń
  11. Czytałam to wszystko i chłonęłam - sama nigdy nie rodziłam, myślę, że ta przygoda czeka mnie za kilka lat, jednak już teraz wiem, że będę skazana na cesarkę - mam zbyt dużą wadę wzroku i chorą nerkę, więc, także tego. Musi być i już.
    Jak dla mnie jesteś bohaterką, że przez to wszystko co przeszłaś :) brawo :) i obyś tym razem urodziła szybciutko i bez problemów :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo bardzo mocno trzymam za Was kciuki. Wiem, że się uda, pierwsze doświadczenie i taki mocny kop w tyłek potrafią człowieka nauczyć ;) Kurczę, nie mogę czytać takich tekstów, bo znów za szybko zachce mi się rodzić :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Takie dwie mini-radki dla Ciebie :) jak ciaza bedzie sie przedluzac to spróbuj najpierw naturalnych sposobow indukcji porodu takie jak seks, masaż sutkow, schodzenie po schodach itp. Powodzenia przy drugim porodzie i czytaj sobie o udanych vbac. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  14. Wiem, że nie należy się cieszyć z cudzego nieszczęścia, ale...jak ja się cieszę z tego co napisałaś! W czasach kiedy poród się "ustawia" pod wymagania ciężarnej, kiedy cesarka jest rozwiązaniem zbyt często wybieranym "dla wygody", Ty piszesz o rozczarowaniu. Boże, w końcu ktoś mnie rozumie...
    Kiedy udało mi się zajść w ciążę wiedziałam dwie rzeczy: urodzę naturalnie i będę karmić piersią. Nie jakieś tam "chciałabym, byłoby dobrze, spróbuję". Tak będzie i nie ma co myśleć o innych opcjach. W podręcznikach dla ciężarnych celowo pomijałam strony dotyczące cesarskiego cięcia, na szkole rodzenia odpływałam myślami kiedy pojawiał się ten temat. Sama pojawiłam się na świecie poprzez wyciągnięcie z brzucha i od zawsze (nie przesadzajmy...od kiedy byłam na tyle dojrzała żeby myśleć o porodzie:) ) chciałam przeżyć cud narodzin. O ile w kwestii karmienia piersią jest sukces, o tyle mój poród to rozczarowanie.
    Termin miałam na 10 stycznia. Cały grudzień męczyły mnie silne skurcze, szyjka się skracała, bałam się że nie przetrwam świąt. A po Nowym Roku- cisza. Nic. Zero, nul, zupełnie. Na wizycie kontrolnej 6 stycznia brak skurczów w ktg, brak rozwarcia, nic co by mogło sugerować zbliżający się koniec ciąży. Miałam się zgłosić do szpitala 9 stycznia. Rano myślę sobie, po co jechać skoro od 6-go poczułam DWA skurcze. Synek się w brzuchu intensywnie ruszał, traktując z całą okrutnością moją wątrobę swoimi stópkami. Pojechałam, zostałam zbadana- 5cm rozwarcia. Tak po prostu. Ale ktg płaskie. Lekarz mówi: rodzimy, no to się z nim zgodziłam. Pobiegłam podekscytowana do męża, on nie bardzo wierzy, no ale rodzimy! Po oksytocynie dość szybko pojawiły się skurcze. Takie mało bolesne, tylko męczące. Myślę sobie, eee luzik, rodzimy! Jestem aktywna, to prysznic, to spacer. Ale po trzech godzinach radość z naturalnego rodzenia prysła. Po każdym skurczu zaczęła wyraźnie spadać akcja serca dziecka. No i rozwarcie nie postępuje. To najpierw piłka. Nic. To może znieczulenie, żeby rozluźnić mięśnie szyjki. Nic. Akcja spada, maszyna wyje, ja zaczynam panikować. Przebito mi pęcherz. Dalej 5cm i to okropne wycie maszyny. Mój lekarz to ostoja spokoju. Ufam mu we wszystkim i wiem,że chce dla mnie jak najlepiej. Wytłumaczył mi że musimy ciąć. I to szybko. Gdzieś za sobą słyszę, że maksymalnie za 10 minut blok operacyjny będzie gotowy i czy to nie za późno? Byłam bardziej przerażona niż rozczarowana. Potem wszystko szybko: podpisywanie zgody, jakieś zastrzyki, znieczulenie. Leżałam płasko i widziałam swój brzuch w lampie nad stołem operacyjnym- odbijał się jak w lustrze. Widziałam jak tną, jak wkładają ręce, jak wyciągają dziecko. I ono nie płacze. Na moment zamarłam, ale za chwilkę usłyszałam krzyk i łzy popłynęły mi z oczu. A jak syn obsikał pielęgniarki to już się zanosiłam od płaczu. Jeszcze mi go panie dały policzek-do-policzka, jeszcze widzę jak mąż grzecznie tupta za wózeczkiem z synkiem. I wtedy jak wezbrana fala uderza mnie fakt że to cudne maleństwo zostało ze mnie wyjęte. Że moje marzenia a wspólnym porodzie, o trzymaniu przez męża za rękę w kulminacyjnym momencie, o przytuleniu maleńkiego ciałka do swoich piersi po ogromnym wysiłku- to wszystko prysło.
    Nie miałam depresji poporodowej, nawet baby blusa nie miałam. (No może poza pierwszym wieczorem w domu, kiedy dopadł mnie nawał pokarmu i płakałam z bólu, bojąc się że mi zaraz piersi rozerwie.) Ale ilekroć słyszę o porodzie, to czuje się rozczarowana.

    Marzę o kolejnym dziecku, wiem że mąż po cichu liczy na trójkę. Chcę je urodzić siłami natury. Nie chcę- urodzę!
    Bardzo się cieszę, ze Tobie udało się za drugim razem. I choć sama piszesz, że to nie tak jak sobie wyobrażałaś, to ja nadal mam w głowie jakieś idylliczne wyobrażenie o magii tej chwili. Zobaczymy co będzie.
    Jeszcze raz dziękuję za ten wpis. Pozdrawiam! Mama Adasia :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Wzruszyłam się.

    Ja przez całą ciążę, tak jak Mama Adasia, nastawiałam się na poród naturalny. Nie bałam się, mówiłam sobie, że ten ból jest po coś, że dam radę. Przestało być wesoło pod koniec 37 tygodnia, kiedy nagle skoczyło mi ciśnienie. Szpital, badania. Początki gestozy i cholestazy, pojutrze tniemy.

    Jestem rozczarowana, bo cesarka, choć błyskawiczna (17 minut!), była dla mnie trudnym psychicznie przeżyciem - głównie ze względu na przygotowania, czułam się koszmarnie odczłowieczona tym zaglądaniem w każdy otwór ciała. Jedno mnie pociesza: uparłam się, żeby dziecko mogło być kangurowane przez tatę jak najszybciej po zabiegu i tak się stało.

    Ale żal pozostał.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...