wtorek, 1 marca 2016

Boję się

Jest dokładnie tak jak ostatnio: poród zbliża się wielkimi krokami, a mnie paraliżuje niemoc. Nie mogę się na niczym skupić. Nie piszę (co boleśnie widać na blogu), nie czytam, nawet oglądając film myślami jestem gdzieś bardzo daleko. Snuję się z kąta w kąt, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Dni ciągną się zadziwiająco powoli. Wolny czas przecieka mi przez palce pozostawiając z tym okropnym, przytłaczającym poczuciem zmarnowanych szans. Obok zniecierpliwienia pojawia się coś nowego: strach. 

Boję się tak wielu rzeczy! Boję się samego porodu, że zacznie się w nocy. Co wtedy z Różą? Jeszcze nigdy nie spała bez rodziców. Czy trzeba będzie ją zaspaną, płaczącą pakować do samochodu i przerażoną zostawiać u dziadków? Albo – jeszcze gorzej. Co, jeśli mąż akurat będzie w pracy, a my same pozostaniemy w obliczu kilkudziesięciu kilometrów do pokonania. Boję się bólu i tego, że znów wszystko trwać będzie w nieskończoność, że skończy się tak jak poprzednio, doszczętnie rujnując moje marzenia. Boję się, że nastąpią komplikacje, że wydarzy się jakieś nieszczęście. Boję się, bo wiem, że po porodzie tym razem będę sama, bez całodobowej pomocy męża.

Boję się tego, co będzie potem, kiedy nowa, interaktywna lala znudzi się mojej córce i w miejsce fascynacji pojawią się niechęć, zazdrość, agresja. Boje się nocy, które wciąż pozostają nieprzespane i które rozpoczęte w towarzystwie taty często kończyć się muszą ze mną. Co, jeśli to drugie będzie akurat głodne? Boje się momentu, kiedy mąż wróci do pracy, a ja na trzynaście godzin zostanę sama. Boję się, że zmęczenie i niedopasowanie realiów do mojej sielankowej wizji macierzyństwa znów wpędzą mnie w poczucie przygnębienia i rezygnacji.

Tak bardzo żałuję, że po raz kolejny nie doświadczam instynktu wicia gniazda. Zakasałabym rękawy, sprzątała, układała i czas jakoś by zleciał. Poprzednio miałam swoje drobne radości. Kilkanaście razy dziennie wyciągałam z szuflad małe ubranka, rozczulałam się nad mikroskopijnymi skarpetkami, a w ulubione bodziaki ubierałam kota (tak, tak...). Wygładzałam nieistniejące fałdki na dziecięcym prześcieradle i po raz kolejny układałam czarno-białe książeczki zastanawiając się od której z nich zacznę. Teraz mi się nie chce. Łóżko i inne niezbędne rzeczy aż do ostatniej chwili pozostaną na strychu. Ubrania, tak dobrze przecież znane, leżą w komodzie i interesują mnie niewiele więcej niż stare szmaty. Zmęczenie jest zbyt duże, aby po prostu cieszyć się z drobiazgów. Razem z przypadkowo pozostawianymi na podłodze przedmiotami, po które nie chce mi się schylać, rozpylam zły humor, złość i niezadowolenie.

Dziś mija mój termin porodu i oczywiście nic się nie dzieje. Człowieczek w moim brzuchu przekroczył magiczną barierę czterech kilogramów, a jego wielka jak dynia głowa nie przestaje rosnąć. Tymczasem skurcze, tak silne i bolesne jeszcze niedawno, teraz pojawiają się sporadycznie. Dźwigam te dodatkowe kilogramy i jestem naprawdę zmęczona. Boli mnie dosłownie każda część ciała, a brzuch i jego najbliższe okolice stanowią wręcz utrapienie podczas podnoszenia się, przewracania z boku na bok i próby zawiązania sznurowadła. W parze z wyczerpaniem fizycznym idzie też niemoc intelektualna. Nie wymyślam więc kreatywnych zajęć dla córki. W asyście kopiastych porcji lodów, kładziemy się na rozłożonej kanapie i po raz tysięczny maltretujemy „Toy story”.

Chwilo – nie trwaj! Skończ się raczej i daj odetchnąć.

Koniecznie przeczytaj też:

12 komentarzy :

  1. Właśnie jestem tu po raz pierwszy, ale pewnie nie ostatni.
    Nawet nie wiesz jak Cię rozumiem!
    4 mieiące temu przechodziłam to samo! Jednocześnie chciałam mieć poród z głowy, z drugiej strony strach paraliżował i pragnęłam żeby Misia siedziała w brzuchu jak najdłużej.
    Moja starsza córka ma 7 lat, poszła do pierwszej klasy, bardzo obawiałam się jak pogodzę wszystkie obowiązki. Teraz wiem, że nie było czego aż tak się obawiać.
    Lekcje z Zuzią zawsze robię ja, Michalinka na szczęście okazała się grzecznym bobasem, obyło się ku mojej uciesze bez kolek. Bywa, że nie jest łatwo, ale.....
    CUDOWNIE BYĆ MAMĄ.
    Trzymam za Ciebie kciuki!

    wwww.degustatorka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że cudownie! :) Ale... 7 lat różnicy. O tyle więcej niż u nas! Każda sytuacja ma pewnie swoje wady i zalety, ale ze starszym dzieckiem jest już o tyle łatwiej, że samo chodzi siku, nie budzi się w nocy z płaczem co kilka godzin i nie każe się nosić na rękach. Ale nic tam, damy radę! :)

      Usuń
  2. Ja mam termin na 31 marca. Bardzo kibicowałam, żebyś urodziła chociaż dzień przed terminem! no cóż w takim razie nastawiam się na poród na 10 kwietnia, a syna nazwę Jarosław Lech. Myślę, że będzie to dziecko, które (mimo, że pierwsze) zasłuży na 500 zł miesięcznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki, żebyś jednak urodziła przed 10 kwietnia! :D
      Dzięki!

      Usuń
    2. Ha, z takim imieniem to maluch będzie miał honorowe miejsce w PiSie :)

      Usuń
  3. Będzie dobrze :* trzymam kciuki i wyczekuje szczęśliwej nowiny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie myślałam co u Was. Kochana - myśl pozytywnie! Ja do pewnego czasu też byłam przerażona, ale zmieniłam nastawienie. Jest mi dużo lepiej i wiem, że ja tu nie mam wpływu na nic. Będzie dobrze, drugie porody na ogół są lepsze (każdy mi to mówi) - damy radę! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja z każdym kolejnym centymetrem wokół czaszki syna jestem coraz gorszej myśli, ale faktycznie - nie mam na to wpływu. Wkurza mnie, że rośnie, zamiast wyłazić. Najgorsze jest to czekanie, kiedy w zasadzie w każdym momencie może się zacząć poród.

      Usuń
  5. Masz rację, najgorsze jest to czekanie kiedy nastąpi godzina zero :) Doskonale Cię rozumiem, ja nie raz musiałam na coś czekać, nie tylko na poród, np na przebieg sytuacji, na wyniki itp i zawsze najgorsze jest to czekanie. Ale trzeba to przejść :) Powodzenia, niech ułoży się po Twojej myśli, a jeśli nie, to głowa do góry, nie zawsze jest tak, jakbyśmy chcieli by było :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Co jak co, ale ostatni akapit dotyczył mnie jeszcze kilkanaście dni temu. Waga - 4400g, a obwód główki 37cm, więc kawał chłopa. :) Tak jak miałam skurcze przez całą ciążę, to w 9 miesiącu niemalże ustały. Na szczęście dopadły mnie w końcu - bardzo mocne, bolesne, oznaczające jedno... :) Powodzenia!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Będąc w ciąży rozczulałam się patrząc na łóżeczko, że za moment będzie tu leżało moje dziecko (no i leży) miałam dość brzucha ogromnego jak balon, wiecznego mojego marudzenia. Myślałam, że wszystko będzie idealne, piękne jak w filmach. Bynajmniej nie jest, pierwsze 3 tyg. przechodziłam depresje, albo jak kto woli baby blues, ale cholernie płakałam, nie miałam siły, dopadły mnie wyrzuty sumienia i myśl, że lepiej byłoby mi bez dziecka. Jest tydzień 4, a ja dopiero dochodzę do siebie i wiem, że kocham swoje życie, lecz gdzieś pomimo wszystko zatraciłam własną osobowość zostając mamą i nigdy nie przypuszczałam, że mnie to dopadnie. Każdy dzień jest lepszy, poznajemy się z dzieckiem, dogadujemy i całkiem dobrze Nam to wychodzi. Macierzyństwo to trudna sztuka.
    Ja podjęłam najlepszą decyzję jaką mogłam z cesarskim cięciem, właśnie ta niepewność, że mam siedzieć do ostatniej chwili mnie nokautowała. Dlatego podziwiam Cię i wierzę, że wszystko zakończy się dobrze, bo przecież musi. Kochana głowa do góry, zobaczysz ten czas minie, a nastanie ten lepszy i znowu będziesz cieszyła się każdą chwilą ze swoimi pociechami.
    Pozdrawiam Cię bardzo ciepło i czekam na informacje.
    matkapolka89

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...