wtorek, 5 kwietnia 2016

Ostatnio przeczytane #6



Kawał dobrej literatury przeczytałam w zeszłym miesiącu! Powieści opasłe, takie które czyta się z wypiekami na twarzy, jednym tchem. Z jednej strony z rozpaczliwym pośpiechem przewraca się w nich strony, aby poznać ciąg dalszy historii, z drugiej, jakby wbrew sobie, odkłada się je na półkę, aby tych niezwykłych doznań starczyło na jeszcze kilka kolejnych wieczorów.

Królowie przeklęci, tom II i III, Maurice Druon





O tomie pierwszym cyklu pisałam TUTAJ.

Pierwszy tom cyklu „Królowie przeklęci” (a w zasadzie trzy pierwsze tomy (z siedmiu) w nowym, zbiorczym wydaniu) zrobił na mnie duże wrażenie, z powodu jednak zbyt wysokich oczekiwań pozostawił uczucie niedosytu. Tym razem do lektury podeszłam na luzie i zamiast doszukiwać się Martinowskich inspiracji, poddałam się wykreowanej przez Druona atmosferze i z niczym więcej niż tylko z czystą przyjemnością zasiadłam do lektury. Tego mi było trzeba! Nie wiem czy to właśnie moje nastawienie, czy może przyczyny zupełnie obiektywne sprawiły, że kolejne części cyklu wydały mi się jeszcze ciekawsze i jeszcze lepiej napisane. Wreszcie doczekałam się tego, na co liczyłam – totalnego zapadnięcia się w świat powieści.

A na kolejne tomy miałam wręcz szaloną ochotę. Nie ma bowiem wątpliwości, że każdy, kto przeczytał tom pierwszy prędzej czy później nie wytrwa bez kontynuacji. Ja wciągnęłam się tak mocno, że dwa naprawdę opasłe woluminy połknęłam od razu, za jednym zamachem. A jeszcze ze trzy takie bym przeczytała, z największą przyjemnością.

W tomie drugim znajdziemy „Prawo mężczyzn” i „Wilczyca z Francji”. Tom trzeci zamyka nam cały cykl powieściami „Lew i lilie” oraz „Kiedy król gubi swój kraj” (tu największe rozczarowanie; ostatnia część jest zdecydowanie najsłabsza, zupełnie inna niż reszta cyklu. „Lew i lilie” to jednak majstersztyk, dlatego tom trzeci mieć koniecznie trzeba). Oprócz tego tradycyjnie: noty historyczne i bibliograficzne oraz drzewa genealogiczne.

Czytanie „Królów przeklętych” to literacka uczta. Zgodnie z zapewnieniem Martina – w tej książce naprawdę jest wszystko. To idealna mieszanka powieści historycznej, obyczajowej i kryminału. Choć liczne luki historyczne wypełnił autor własną, szaloną wyobraźnią, to także bardzo dobra lekcja historii oraz impuls, aby jeszcze więcej czytać i poznawać, zagłębiać się w rodowody i koligacje. A wszystko przepełnione emocjami, pasją.

Akcja pędzi na złamanie karku, bez przerwy coś się dzieje, nie ma czasu na nudne przestoje. Tajemnice, spiski, morderstwa, sekretne spotkania, intrygi, konszachty, wiele niespodzianek, walki o władzę, romanse i zdrady, morderstwa, krew. Brnie się w to wszystko jak w bagno. Sama utknęłam głęboko, po same uszy. Druona winię za kilka bezsennych nocy i bezproduktywnych dni. Ale z zadowoleniem przyjęłam taki stan rzeczy. Po prostu nie sposób się oderwać od tak wciągającej lektury.

Poza tym, powiedzmy sobie szczerze. To nowe, trzytomowe wydanie, które sprezentowało nam wydawnictwo Otwarte to po prostu wydawnicze cacko i prawdziwa ozdoba każdej biblioteczki. Warto mieć je na półce.

5+/6





Żniwa zła, Robert Galbraith (J. K. Rowling),  tom III serii o Cormoranie Strike’u




Recenzja tomu II: „Jedwabnik”

Lubię serię o Cormoranie Strike’u. Nie są to dla mnie dzieła wybitne, co roku czekam jednak niecierpliwie na kolejny tom kryminalnej serii. Wielką zaletę stanowi fakt, że jej autorką jest pisząca pod pseudonimem J. K. Rowling; gdyby nie to, zapewne nigdy bym po książki nie sięgnęła. Sięgam jednak regularnie. Czytanie, a w zasadzie słuchanie audiobooka tomu pierwszego przypadło na bezsenne noce, które nękały mnie pod koniec pierwszej ciąży. Może właśnie dlatego teraz, słuchając „Żniw zła” dokładnie na tym samym etapie ciąży drugiej, dopadło mnie wielkie rozczulenie związane z tą sytuacją i jakieś takie ciepło zagościło wokół serca.

Z wielką przyjemnością powróciłam do tak dobrze znanych mi bohaterów. W „Żniwach zła” akcja skupia się  właśnie na nich; ktoś przysyła Robin odciętą nogę. Para detektywów (bo do takiej rangi urosła już dziewczyna) stara się rozwikłać zagadkę seryjnego mordercy. Poprawiono tu wszystko to, na co narzekałam poprzednio. Autorka skupiła się wreszcie na Robin, na jej uczuciach oraz doświadczeniach z przeszłości, Cormoran przestał natomiast rozpamiętywać swoją byłą dziewczynę. Wątek kryminalny, choć dużo bardziej bezpośredni niż ostatnio, rozczarował mnie jednak nieco. Rozwiązanie zagadki okazało się niezbyt zaskakujące, a tożsamość mordercy znana jest czytelnikowi niemal od samego początku (winna jest tu zdecydowanie zbyt mała liczba podejrzanych, tak naprawdę nie zaskoczyłoby mnie żadne z możliwych zakończeń); to dla mnie zawsze potężna wada w kryminałach. Pomimo tego emocje były i całkowity brak nudny również. Powieść, choć długa, czyta się sama, a styl pani Rowling jak zwykle urzeka swoją drobiazgowością. Oby tych drobnych przyjemności dane było czytelnikom doświadczać jeszcze niejednokrotnie.

5/6 

Bielszy odcień śmierci, Bernard Minier


Wiecie jak to jest? Skończycie znakomitą książkę i czujecie pustkę, bo choć regały są wypełnione po brzegi, to Wy liczycie na coś przynajmniej tak dobrego jak poprzednia powieść. Głód kryminału dopadł mnie po Rowling, głód emocji. Kryminały skandynawskie rozczarowały mnie na całej linii, miałam już sięgać po niezawodną Agatę Christie, ale postanowiłam zaryzykować i rozpocząć swoją przygodę z cyklem opasłych tomiszczy francuskiego autora Bernarda Miniera.

„Bielszy odcień śmierci” nie jest kryminałem idealnym, jest jednak jedną z najlepszych powieści, jakie przeczytałam w ostatnim czasie. Trudno mi sobie przypomnieć wręcz książkę, która trzymałaby mnie w napięciu tak mocno i do której wracałabym tak chętnie. Tę opasłą cegłę targałam ze sobą wszędzie i otwierałam nawet na chwilę, żeby przeczytać pół strony czekając aż zagotuje mi się woda w czajniku.

Co nie jest idealne? Przede wszystkim nie lubię kryminałów policyjnych, gdzie śledztwo prowadzą funkcjonariusze, gdzie roi się od techników wkładających każdy przedmiot do torebki na dowody. Ja lubię klasyczny kryminał. Uwielbiam Agatę Christie, bardzo lubię wspomnianą już wyżej serię o Cormoranie Strike’u. Moim ideałem jest detektyw, myślenie zamiast procesu, aktu oskarżenia i prokuratorów, a także chłodny, logiczny wykład zdradzający tożsamość sprawcy, zamiast szaleńczego pościgu z bronią palną na koniec. „Bielszy odcień śmierci” to klasyczny, współczesny kryminał policyjny, powinno być więc źle, ale nie było. Bohaterowie wzbudzili moją sympatię (zwłaszcza uroczy Espérandieu – tak bardzo mężczyzna w moim guście!), a fabuła była na tyle wciągająca, że z nawiązką rekompensowała niedostatki.

No i ta historia! Potężna, monumentalna, wielowątkowa. Niby kryminał, ale przeszyty grozą, ze sporą domieszką thrillera psychologicznego (zakład dla chorych psychicznie przestępców – to lubię!); ciarki bez przerwy przebiegały mi po plecach.

Od razu chciałam się zabrać za kontynuację cyklu, „Krąg” pyszni się na mojej półce i czeka na otwarcie. Postanowiłam sobie jednak tę przyjemność dozować i czytać nie więcej niż jedną powieść Miniera w miesiącu. Oczekiwanie wzmaga tylko mój apetyt.

6/6!

***

Koniecznie pochwalcie się, co dobrego czytaliście ostatnio, a także przeczytajcie inne wpisy z tego cyklu -KLIK! oraz inne recenzje książek

10 komentarzy :

  1. Tak mi się marzą Królowie Przeklęci!!! Od lat, a to nowe wydanie jest po prostu piękne! Z Rowling ciągle jestem po pierwszym tomie. :( Przykre to. O Minierze słyszałam, koniecznie muszę wreszcie sięgnąć. A jakie to kryminały skandynawskie tak Cię rozczarowały? Ja jestem świeżo po "Ścieżkach północy", które szczerze polecam!! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" oczywiście. Niesamowite nudy! :( Może to za mało, żeby odrzucać od razu całą kryminalną literaturę skandynawską, no ale nie mogę. :(
      A Ścieżki mam na półce i w niedalekich planach. :)

      Usuń
  2. "Królowie przeklęci" wyglądają fenomenalnie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Polecam książki Yrsy Sigurðardóttir - mimo że to pisarka z Islandii ;) Myślę, że powinny Ci się spodobać - sugeruję zacząć od "Statku śmierci", najlepszej, moim zdaniem, jej książki. Polski tytuł średnio trafiony i nie oddaje mocy tej książki - zawiłość intrygi jest imponująca, a odgadnięcie zakończenia - moim zdaniem niemożliwe.

    Naprawdę polecam, nawet osobom, które nie lubią kryminałów rodem z północnych krain :)

    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za polecenie! Na pewno przeczytam! :)

      Usuń
  4. Cóż, nie będę oryginalna, jeśli powiem, że też marzą mi się Królowie... Piękne wydanie i zapewne bardzo ciekawa treść. Uwielbiam książki historyczne, zwłaszcza krwawe i pełne intryg. Takiego smaka mi narobiłaś, że chyba sobie zamówię, jest akurat promocja na Arosie. ;)
    Miniera czytałam. Pierwszy tom faktycznie dobry, potem coraz gorzej niestety. :(

    OdpowiedzUsuń
  5. Podziwiam Cię! Nie mam pojęcia kiedy znajdujesz czas na czytanie przy małych dzieciach. Ja niestety choćbym nie wiem jak się starała to znajduję chwilkę tylko wieczorem, a wtedy jestem już taka zmęczona, że albo zasypiam albo w ogóle nie mogę się skupić na książce. Od 3 miesięcy męczę ciągle to samo. :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem w pełni. U mnie jedna książka w miesiącu to teraz max. :(

      Usuń
    2. Ja mam prostą zasadę – najpierw przyjemności, potem obowiązki, a czytanie to jedna z moich największych przyjemności. Jeśli mam chwilę czasu to siadam i czytam rozdział albo dwa i dopiero jak wtedy starczy czasu to wyciągam z pralki gnijące pranie. Słucham też dużo audiobooków – jak karmię w nocy, na spacerach. Poza tym tak naprawdę wynik 3-4 książki w miesiącu nie jest jakiś wybitny, to już jest właśnie moje „nie mam czasu na czytanie”, kiedyś czytałam znacznie więcej. :)
      A czemu coś męczysz? Jak jest nudne to zostaw. Też nie mam ochoty na wymagające tytuły, wybieram więc książki lekkie, wciągające, przy których się odprężam. :)

      Usuń
  6. Uwielbiam Twoje wpisy! Tyle ksiazek przeczytalam dzieki Tobie! Czekamy na Ostatnio przeczytane 7! L(

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...