niedziela, 15 maja 2016

Zagrajmy! Pędzące ślimaki



Nie muszę chyba nikogo przekonywać do wielkiej miłości, którą darzę „Pędzące żółwie”. Wspominałam o tym na blogu wielokrotnie, między innymi w recenzji (KLIK!) albo w notce o rewolucyjnej metodzie nauki kolorów, którą wymyśliłam ;) (KLIK!). Kiedy więc „pędząca” seria zaczęła się rozrastać – byłam bardzo podekscytowana. W zeszłym roku pojawiły się „Pędzące jeże”, które chciałam mieć teraz, natychmiast. Ponieważ jednak w grze zabrakło wariantu dwuosobowego, a recenzje były raczej oziębłe, tytuł przeszedł mi koło nosa. Kilka tygodni temu ukazała się kolejna gra z serii: „Pędzące ślimaki” i tym razem nie mogło jej u mnie zabraknąć. 



Autorem gry jest oczywiście rewelacyjny Reiner Knizia, a za ilustracje po raz kolejny odpowiada Rolf Vogt. Szata graficzna bardzo przypomina „Pędzące żółwie” – jest kolorowo i z humorem. Elementy bardzo dobrej jakości, choć karty mogłyby być nieco grubsze.  

Zawartość pudełka




O co chodzi?

Każdy z graczy losuje kartę z dwoma ślimakami w różnych kolorach; to są „jego” ślimaki, to właśnie te kolory pod koniec rozgrywki muszą się znaleźć na punktowanych pozycjach. Zwycięża gracz, który zdobędzie najwięcej punktów, a dotarcie do mety wcale wygranej nie gwarantuje. Punktowane jest także miejsce drugie i... ostatnie. To bardzo ciekawy pomysł, który sprawia, że nie tylko pogoń w kierunku mety jest naszym celem. To także ciekawe rozwiązanie w grze z małymi dziećmi, które nawet zepchnięte na ostatnią pozycję nie powinny się czuć rozżalone.

To najlepszy układ kart dla gracza, który ma żółwia czerwonego i żółtego. Za pierwsze i ostatnie miejsce dostanie najwięcej punktów. 
Ślimaki poruszają się o tyle pól, ile wskaże nam kostka. Kości, jak to kości – determinują losowość, można ją jednak nieco okiełznać. Spośród pięciu kości wybieramy tylko jedną i o wskazaną na kostce ilość oczek przesuwamy ślimaka w danym kolorze. Następny gracz rzuca już tylko czterema kośćmi, i tak dalej. Pozwala nam to obserwować wybory innych graczy i tym samym zgadywać, które ślimaki „należą” do nich. Wyraźnie czuć tu klimat wyścigu, zwłaszcza pod koniec gra robi się emocjonująca.

Przesuwając swój pionek na pole, na którym stoją już inne ślimaki – przepychamy je wszystkie do tyłu. Za to zdobywamy punkty. Punktujemy też wtedy, gdy staniemy na grzybku. 


Gracz wybiera zieloną kość, na której są dwa oczka i przesuwa zielonego ślimaka o dwa pola. W miejscu, gdzie kończy swój ruch stoi czerwony ślimak, który zostaje przepchnięty o jedno pole do tyłu. 

Kilka łatwych zasad, bardzo krótka instrukcja, ciekawy mechanizm. Z tej prostoty wychodzi świetna gra, w której wszystko rewelacyjnie działa. Knizia potrafi!

Wow!

W „Żółwie” rozegraliśmy już setki, o ile nie tysiące partii i choć gra nadal nam się podoba, to marzyła mi się nowa, taka, która dorówna swojej wysłużonej poprzedniczce. I oto jest! Trudno mi ubrać swoją ekscytację w słowa. Po „Ślimakach” spodziewałam się różnych rzeczy, ale nie tego, że będą aż tak dobre. Bałam się, że kolejny, trzeci już tytuł w serii nie zaskoczy mnie dobrym pomysłem, że mechanizm działania gry będzie wtórny, że będzie to marna kopia pierwowzoru. Ale nie!

„Pędzące ślimaki” to takie „Pędzące żółwie”, ale... inne, nowe, nieznane. Jest kilka elementów wspólnych. Tu także losujemy „swoje” ślimaki (tym razem dwa, a nie jeden), których kolory aż do końca ukrywamy przed innymi graczami. Poruszamy się także wszystkimi ślimakami, a nie jedynie tymi należącymi do nas. Te dwie świetne zasady gwarantują emocjonującą rozrywkę i cieszę się, że są obecne także tutaj. Tak naprawdę to jednak dwie zupełnie różne gry i porzucić można obawy przed powtarzalnością. Inny jest mechanizm poruszania sie pionków (przepychanie, zamiast wchodzenie na siebie) oraz całkowicie inna strategia dążenia do zwycięstwa. I przede wszystkim – to coś nowego. Nawet przy ukochanej grze w końcu czuje się pewien przesyt i ma się ochotę na coś nowego. Tu dostałam nowe, ale jednak w jakiś sposób już znajome i przede wszystkim – tak samo dobre. A może nawet lepsze? Nie wiem, jeszcze nie zdecydowałam.

Wady? Zabrakło mi oczu na ślimaczkach. Żółwie miały! 


Dla kogo?

Po pierwsze, to znakomita gra dla dzieci. Pewnie, że dobrze można się bawić przy „Chińczyku” albo „Grzybobraniu”. Sama jako dziecko nie znałam innych gier, a notoryczne zbijanie dziadka tuż przed jego „domkiem” wspominam z szerokim uśmiechem na ustach. Czasy się jednak zmieniają, a nowoczesne gry planszowe, które teraz powstają stanowią nie tylko rewelacyjną rozrywkę, ale także wprowadzają dużo bardziej skomplikowane mechanizmy niż tylko rzucanie kostką i losowe przesuwanie swojego pionka w kierunku mety. „Pędzące ślimaki” do dla dzieciaków świetne ćwiczenie planowania i strategii. Można bowiem obrać różne drogi do zwycięstwa. Początkowo ma się ochotę, wzorem tradycyjnego „Chińczyka”, jak najszybciej dotrzeć do mety. Szybko jednak się okazuje, że nie jest to gwarancja wygranej. Niejednokrotnie należy poruszać się jak najwolniej, aby wcześniej zdobyć jak najwięcej punktów.

Po drugie – dla rodzin. Mimo bajecznie prostych zasad i bardzo kolorowej, dziecinnej wręcz szaty graficznej – to nie jest gra tylko dla dzieci. To jeden z tych tytułów, przy których każdy ma równe szanse na zwycięstwo, a rodzice nie muszą udawać przegranej ani cierpieć morderczych katuszy, kiedy ich pociecha chce rozegrać dwudziesty już tego dnia pojedynek.

Po trzecie – dla każdego. Ja i mój mąż nie jesteśmy może wytrawnymi graczami, ale znamy kilka cięższych tytułów. Jak mamy (czytaj: mieliśmy) czas, zdarza nam się strzelić partię w Cywilizację, Agricolę, Stronghold albo Neuroshimę Hex. Prawda jest jednak taka, że kiedy położymy dzieci spać i sami słaniamy się już na nogach marząc jedynie o tym, żeby się wreszcie położyć, przyjemność sprawiają nam gry, w których zasady są proste, a rozgrywka niezbyt długa i po prostu przyjemna. „Pędzące ślimaki” to dla nas w takiej sytuacji ideał. Gramy z największą przyjemnością, a na jednej partii nie kończy się nigdy. 



Jeśli lubicie „Pędzące żółwie” – musicie mieć „Pędzące ślimaki”. Jeśli nie znacie „Pędzących żółwi” – musicie mieć obie te gry. To taki mój planszówkowy niezbędnik, bez niego ani rusz! Miejmy nadzieję, że to nie ostatnie pędzące zwierzątka w serii, a nowe tytuły będą tak samo dobre jak te już wydane. 


Pędzące ślimaki. Na jednej nodze
Autor: Reiner Knizia 
Wydawnictwo: Egmont 
Liczba graczy: 2-5 
Wiek: 6+ 
Czas gry: 15-20 minut 


Koniecznie przeczytaj też inne recenzje gier planszowych.


4 komentarze :

  1. Oj, chętnie zagrałabym w te ślimaczki! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ostatnio powróciłam do takich gier ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Anonimowy17 maja, 2016

    Bankrutuję przez Ciebie. :) Pędzące żółwie bardzo lubimy, więc ta gra na pewno tez przypadnie nam do gustu. Wygląda ślicznie.
    Monika

    OdpowiedzUsuń
  4. Córka dostanie "Pędzące ślimaki" na Dzień Dziecka!
    Też uwielbiamy i żółwie, i jeże. Mam nadzieję, że ślimaki nie zostaną w tyle ;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...