środa, 29 czerwca 2016

Zagrajmy! 7 Cudów Świata: Pojedynek


Klasyczne „7 Cudów Świata” od wielu lat mam na półce. W zamierzchłych czasach nawet zdarzyło mi się w nie grać. Z wydarzeń tych pamiętam tyle, że gra mi się bardzo podobała i że potem, kiedy próbowałam wciągnąć w to męża, tryb dwuosobowy okazał się zupełnie do bani. Pudło więc stoi. Dużym wydarzeniem w moim planszówkowym życiu był moment, kiedy wyszła dwuosobowa wersja słynnej gry. Oczywiście „Pojedynek” musiał być mój, bo wszelkie gry dwuosobowe zawsze prowadzą w moich rankingach, a dobrych tytułów nigdy dość. 


O co chodzi?

„7 Cudów Świata: Pojedynek” to strategiczna gra karciana, w której tworzymy swoje miasto. Gromadzimy fundusze, rozbudowujemy siłę militarną, wznosimy budowle, dokonujemy odkryć naukowych. Mechanika gry jest prosta i opiera się na dobieraniu kart, które w każdej epoce (rundzie) ułożone są w piramidę (pozwala nam to wyłącznie na dobieranie kart, które są na wierzchu). Dobrane karty to kolejne budowle dla naszego miasta, które wytwarzają surowce, zwiększają naszą przewagę naukową albo stanowią punkty w starciu militarnym. W czasie gry rozegramy trzy epoki, każdą inną talią kart. Wszystko działa tu jak w szwajcarskim zegarku.

Nie mam zamiaru przytaczać szczegółowych zasad ani sposobu punktacji. Kto ciekawy, niech pobierze instrukcję ze strony wydawcy. Nie od tego są recenzje. :)

Zawartość pudełka




Jak jest?

Jest super! W „Pojedynku” jest wiele możliwości działania, dlatego na początku przyswoić trzeba dość dużo zasad. Kiedy jednak wszystko opanujemy okazuje się, że to gra łatwa, przyjemna, o prostej mechanice. Taka, w której trzeba trochę pomyśleć, ale która nie sprawi, że ociekać będziemy intelektualnym potem. Rozgrywka jest krótka, trwa niewiele więcej niż pół godziny. 

Przygotowanie do gry
„Pojedynek” to raczej gra taktyczna niż strategiczna. Czasami zdarza się tak, że choć początkowo nie planuje się jakiejś strategii, to dobór kart w trakcie gry sprawia, że musimy zmienić nasze początkowe założenia. Drogi do zwycięstwa są tu aż trzy i wielką ich zaletą jest to, że naprawdę każdą z nich da się wygrać. Dzięki temu każda rozgrywka jest inna i nie ma obawy, że po kilku partiach znudzimy się, stwierdzając „ale to już było!”. Uwielbiam tę różnorodność i fakt, że za każdym razem mogę dążyć do czegoś zupełnie innego, bez obawy, że mi się nie uda. Ułożenie kart, które będziemy dobierać w poszczególnych epokach jest przypadkowe, co determinuje nam nieco losowości. Bardzo lubię, gdy odrobina losowości sprawia, że rozgrywka jest jeszcze bardziej emocjonująca (zwłaszcza gdy na horyzoncie pojawią się same karty militarne, a my lub nasz przeciwnik jesteśmy w raczej kiepskiej sytuacji). 

Jeśli w grach cenicie sobie interakcję, to będziecie zachwyceni. W czasie gry trzeba mieć oczy dookoła głowy; oprócz budowania własnego miasta trzeba pilnować przeciwnika, aby ten za szybko nie zdobył przewagi naukowej albo by nie wykończył nas militarnie. Jako fankę negatywnej interakcji szczególnie cieszy mnie możliwość podbierania kart, które będą potrzebne mojemu rywalowi i możliwość rzucenia mu podwójnej albo nawet potrójnej tarczy, która niebezpiecznie przybliża go do klęski. 

Nie mogę też nie wspomnieć o pięknych grafikach autorstwa Miguela Coimbry, które cieszą oko. Tylko cieszą. Czy budują klimat? Raczej nie. Jestem wprawdzie jednostką wybitnie klimatoodporną, ale tutaj nawet mimo najszczerszych chęci nie potrafię sobie wyobrazić, że cokolwiek buduję i tworzę. Podczas pierwszej partii próbowała jeszcze kupować skład drewna i złoża gliny, ale później jedyne co widziałam na kartach to surowce i ikony. Zamiast więc tartaku od razu kupowałam drewno*.
[*W grze wznosimy budowle, które produkują nam surowce potrzebne do budowania innych obiektów. Na przykład tartak wytwarza dwa drewna. W praktyce wygląda to tak, że jedyne na co patrzę to już wytwarzane materiały i kiedy dobieram kartę nie patrzę nawet co to za budowla, biorę potrzebny mi surowiec].

I na koniec jeszcze jedna rzecz, która chwyciła mnie za serce. Pudełko! Jest naprawdę małe i poręczne (rzecz rzadka), a wewnątrz kryje najbardziej sprytną wypraskę, jaką zdarzyło mi się widzieć. Świetnie organizuje wszystkie elementy.



Wady

Im dalej w las, tym gorzej. W pierwszych dwóch epokach trzeba trochę pokombinować i pomyśleć. Trzeba zastanowić się, które karty dobrać, zaplanować strategię. Trzecia, ostatnia epoka to zwykły samograj. Gra staje się wtedy naprawdę łatwa, zbyt łatwa. Koszta poszczególnych budowli są wyższe, ale zgromadzonych mamy już tyle surowców, że karty po prostu się bierze, bo w swoich miastach mamy wszystko, czego nam trzeba. Podobnie z cudami. Cuda powinny być czymś znacznie trudniej dostępnym, a tymczasem ich zdobycie jest tak samo łatwe jak w przypadku kart. Inna sprawa, że można wygrać bez wybudowania żadnego cudu (zdarzały nam się takie rozgrywki). Gdyby jeszcze tego było mało, ułożenie talii w trzeciej epoce jest tak niefortunne, że często nie mamy wyboru wśród kart, które możemy dobrać, zazwyczaj odsłonięte są tylko dwie. W rezultacie końcówka rozgrywki jest bardzo mechaniczna i niezbyt emocjonująca. A przecież powinno być inaczej. To finał powinien wymagać od graczy trudnych decyzji i dostarczać ciężkich do spełnienia warunków oraz wywoływać szybsze bicie serca. Tutaj po prostu zbieramy ostatnie dostępne karty i nie mamy wpływu na nasze ewentualne zwycięstwo. To jest zresztą, aż do podliczania punktów po skończonej grze, wielką niewiadomą. Zdecydowanie bardziej wolę, gdy punktację widać od razu, na przykład na torze punktacji albo w postaci osiągnięcia jakiegoś celu; od razu wtedy widać jaką mam przewagę oraz jaką strategię na końcówce powinniśmy obrać. 

Blisko, blisko, coraz bliżej...
Brać czy nie brać?

„Pojedynek” trafił do naszej kolekcji kilka miesięcy temu i od tamtej pory nie znudził nam się ani trochę. Myślę, że niektóre elementy można by poprawić, sama liczyłam też na grę trochę trudniejszą. Tymczasem okazało się, że to właśnie w tej prostocie tkwi siła. Podczas gdy inne, bardziej wymagające tytuły zbierają tylko kurz, a dwugodzinną rozgrywkę wpisujemy w nasz grafik z kilkudniowym wyprzedzeniem (a potem i tak nie gramy, tylko padnięci idziemy spać), „Pojedynek” – gra szybka i intensywna, w zasadzie nie schodzi z naszego stołu. Mogłabym wskazać kilka gier lepszych i ciekawszych, ale w kategorii tych szybkich i przyjemnych to właśnie dwuosobowe „7 Cudów Świata” jest moim ulubieńcem. Brać, jak najbardziej! 



5/6


7 Cudów Świata: Pojedynek
Autorzy: Antoine Bauza i Bruno Cathala
Ilustrator: Miguel Coimbra
Wydawca: Rebel
Liczba graczy: 2
Wiek: 10+
Czas gry: 30 minut


Koniecznie przeczytaj też inne recenzje gier planszowych!

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...